czwartek, 11 marca 2010

Oblubienica tysiąca kochanków

Aucklandzki oddział naszej wypożyczalni samochodów znajdujemy bez problemu dzięki mapie, którą otrzymaliśmy w Christchurch. Chwila oczekiwania, krótkie oględziny auta z pracownikiem, ostatnia kontrola, czy nic nie zostawiliśmy w środku i jesteśmy wolni. Wypożyczalnia zapewnia nam bezpłatną taksówkę w dowolnie wybrane miejsce, więc prosimy o zawiezienie do centrum Auckland. Stąd, z okolic lotniska, to ładny kawałek, więc miło ze strony firmy, że oszczędza nasze wychudzone wakacjami portfele:-)
Wysiadamy w city, na Victoria Str. West, w cieniu rzucanym przez strzelistą wieżę Sky Tower. Poranek jest chłodny i – na razie – słoneczny, choć znad Pacyfiku nadciągają gęste chmury. Na razie białe i puchate, jednak przeganiane przez wiatr na wschód, zastępowane są przez coraz ciemniejsze. Czyżby miało znowu lać?? No nie, no nie, no nie, tylko nie deszcz!!!

Na zwiedzanie jest ciągle za wcześnie. Zerwaliśmy się z łóżek zaraz po siódmej, nie chcąc się spóźnić do wypożyczalni bryczek, ale poszło nam nadzwyczaj sprawnie, mamy więc teraz sporo czasu na spokojne, leniwe śniadanie, zanim ruszymy na zwiedzanie. Czeka nas dzisiaj dużo chodzenia, bo na zobaczenie największych atrakcji Auckland został nam tylko jeden dzień – jutro przecież opuszczamy Nową.
Pomimo wczesnej godziny tutaj w centrum większość barów jest już otwarta. O tej porze mają sporo chętnych – rzesze pracowników biurowych wszelkiej maści w nieodzownych garniturach i kostiumach, kupujący masowo kawę na wynos, kanapki i sałatki w plastikowych pojemnikach. Uroki pracy w biurze. Siedząc za ogromną witryną niewielkiej kawiarni, nad parującymi filiżankami tea 4 2 i tostami, podglądamy mieszkańców. Jak dobrze, że my jeszcze nie musimy pędzić do pracy. Napawamy się ostatnimi chwilami wolności.

Za oknem przewijają się ludzie najróżniejszych kolorów skóry i ras. Tutaj w Auckland, jak w żadnym innym mieście Nowej, widać wielokulturowość tego kraju – mieszaninę wpływów maoryskich, polinezyjskich, azjatyckich i europejskich. Centrum miasta przypomina europejskie czy amerykańskie metropolie z drapaczami chmur (Auckland to jedyne miasto w tym kraju w którym znajdują się budynki ponad 150-metrowe), mieszkańcami uprawiającymi poranny jogging czy z kubkami kawy spieszącymi się do pracy. Jednak poza sformalizowanym city istnieją tu dzielnice takie, jak mieszące się na południowych krańcach miasta Mangere, Otahuhu czy Otara, gdzie czuje się powiew egzotyki – w powietrzu mieszają się zapachy przypraw kuchni z całego niemal świata, z otwartych okien dobiega nie mniej egzotyczna muzyka, oczy cieszą różnobarwne stroje a malutkie azjatyckie sklepiki i restauracyjki zapełniają liczni imigranci oraz – w mniejszym stopniu – rdzenna ludność kraju. W uliczkach widać Maorysów, spacerujących i robiących zakupy - co mnie bardzo zdumiało, bo rozumiem na wsi, ale w mieście?? - na bosaka, migają turbany Sikhów, kolorowe sari Hindusek, brązowa skóra mieszkańców wysp Pacyfiku. Wielu z nich przywędrowało do Auckland z Wysp Cooka (żyje ich tutaj ok. 40 tys., podczas gdy w kraju zostało ich niewiele ponad 18.000), Niue (niewielka wyspa koralowa, położona 2.200 km od wybrzeży NZ, zamieszkała obecnie przez ok. 2.000 osób – reszta wyemigrowała na NZ i do Australii), Tokelau (atol koralowy w połowie drogi między NZ a Hawajami), Samoa i Tonga. Łącznie mieszkańcy Pacyfiku stanowią aż 14 % mieszkańców miasta, Azjaci ok. 19%, Maorysi 8%, a reszta to potomkowie Europejczyków. Prawdziwy tygiel kultur, w którym każdy znajdzie coś dla siebie i każdy czuje się dobrze.

Historia osadnictwa na tych terenach sięga połowy XIV wieku, kiedy przybyły tu pierwsze polinezyjskie plemiona. Zasiedliły one wulkaniczne stożki, otaczające żyzną dolinę, w której obecnie znajduje się miasto, budując na nich ufortyfikowane wioski - do dnia dzisiejszego resztki owych pa można oglądać na zboczach One Tree Hill i kilku innych wzniesień. Tereny te tradycyjnie zamieszkiwane były przez dwa plemiona - Ngati Whatua i Tainui ale strategiczne położenie, bliskość obfitujących w owoce morza zatok oraz niezwykła urodzajność gleb ściągały tutaj również wiele innych. Historycy twierdzą, że w przed-europejskim okresie mieszkało ich aż 20.000 ludzi. Stąd pewnie pierwotna nazwa Auckland i okolic - Tamaki-Makau-Rau, co tłumaczy się jako Oblubienica Tysiąca Kochanków.
Europejska kolonizacja tego miejsca zaczyna się w 1830 wraz z pojawieniem się białych osadników i wzniesieniem pierwszych zabudowań przyszłego Auckland. Dziesięć lat później, wraz z podpisaniem Traktatu Waitangi, kiedy Te Kawau, wódz plemienia Ngati Whatua, podarował te tereny Gubernatorowi Hobsonowi, administracyjna siedziba nowej kolonii została przeniesiona z Russell w Northland do nowo wzniesionej osady, która swoją nazwę zawdzięcza hrabiemu Auckland, George’owi Edenowi, pierwszemu lordowi Admiralicji i ówczesnemu gubernatorowi generalnemu Indii. Auckland pozostaje stolicą do roku 1865, kiedy to stolica zostaje ponownie przeniesiona, tym razem do Wellington. Jednak nie zatrzymuje to rozwoju Auckland, które od roku 1900 jest największą nowozelandzką metropolią, ekonomicznym centrum kraju i turystyczną mekką.
Nas wprawdzie ekonomia nie interesuje, ale turystyka jak najbardziej, Tyle tylko, że niewiele z tej mekki zobaczymy, jeśli nie skończymy zaraz leniwego śniadania:-) Zważywszy na ograniczony czas, jakim dysponujemy, wybieramy więc najważniejsze rzeczy, takie „must see” i, zaopatrzeni w mapę i przewodnik, ruszamy w końcu na podbój miasta. Na pierwszy ogień idzie, znajdująca się niedaleko, największa ikona Auckland – Sky Tower. Wieża wchodzi w skład kompleksu Sky City, obejmującego kasyno, hotel, teatr, kawiarnie i restauracje. Jest najwyższą budowlą NZ, ma wysokość 328 m a więc jest o 30 m wyższa od wieży Eiffela. Oczywiście w rejonie czynnym sejsmologicznie wnoszenie takich konstrukcji może być nieco ryzykowne, ale - jak czytamy w ulotce, którą dostaliśmy razem z biletami wstępu - jest podobno zaprojektowana tak, aby przetrwać trzęsienie ziemi o sile 8 stopni w skali Richtera, z epicentrum w odległości powyżej 20 km. Jednak co będzie, jeśli epicentrum znajdzie się bliżej, niż 20 km, albo będzie silniejsze, niż owe 8 stopni, o tym tego w ulotce przezornie nie piszą, a szczerze mówiąc ten problem zaprząta mi głowę najbardziej w mknącej w górę szybkiej windzie... miły temat do rozważań w pudełeczku zawieszonym trzysta metrów nad ziemią, nieprawdaż? :-)

Widok z góry urzeka. Zieleń Auckland Domain (najstarszy i największy, bo aż 75-hektarowy park, położony w niecce wygasłego wulkanu Pukekawa) i kilkunastu mniejszych parków, niebieski przestwór wody z zielonymi punkcikami wysepek, kołyszące się na falach setki mniejszych i większych jachtów, poszarpana linia gór półwyspu Coromandel, masywna bryła Auckland War Musem czy wdzięczna sylwetka Harbour Bridge – nie mogę się napatrzeć… Jednak największe wrażenie robią na mnie okoliczne wzniesienia. Miasto znajduje się w obrębie ogromnego skupiska wulkanów - w odległości nie większej, niż 20 km od centrum, znajduje się ich aż 48. Najstarszy, Pukekawa, ostatni raz przejawiał aktywność dość dawno, bo jakieś 140.000 – 150.000 lat temu, podczas gdy największy a zarazem najmłodszy nowozelandzki wulkan - Rangitoto, wyłonił się niespodziewanie z wody w wyniku podmorskiego wybuchu zaledwie 600 lat temu, wyrzucając z siebie taką ilość lawy, jaką wszystkie pozostałe nowozelandzkie wulkany razem wzięte. Przyjemniaczek. Dziś wyspa – wulkan stanowi jedną z największych atrakcji miasta. Wyspę porasta las endemicznych drzew pohutukawa. Ponieważ kwitną one tylko pod koniec grudnia, nazwano je nowozelandzkimi drzewami Bożego Narodzenia.
Dzięki ulotce z mapką, którą dostaliśmy razem z biletami, bez problemu rozpoznajemy charakterystyczny kształt wulkanu Mount Hobson, przypominający olbrzymi fotel i One Tree Hill, na szczycie którego rosło kiedyś święte drzewo Maorysów – totara. Niestety zostało ścięte przez bezmyślnych budowniczych miasta w 1952 roku. W ramach przeprosin założyciel i burmistrz miasta, sir John Logan Campbell, posadził w to miejsce cały zagajnik sosen, z których przetrwała tylko jedna. Jednak i ta została ścięta po protestach Maorysów w latach 90 ubiegłego stulecia. Nie spodobało im się, że na wzgórzu, zamiast któregoś z lokalnych gatunków, rośnie sprowadzona z Europy sosna. Nie ma więc już na One Tree Hill ani jednego drzewa, postawiono za to obelisk poświęcony rdzennej ludności kraju oraz Auckland Observatory z planetarium o zasięgu 360°. Warto obejrzeć również pozostałości maoryskiej pa, wzgórze bowiem – podobnie jak wiele okolicznych – jeszcze do początków XX w. zamieszkiwali Maorysi.
Z wieży widać północne dzielnice Auckland, leżące za Waitemata Harbour i kolejne stożki – Mt Victoria w Devonport, znanego z urokliwych kafejek oraz North Head przy wejściu do portu. North Head, dzisiaj część Morskiego Parku Zatoki Hauraki, w XIX stuleciu – ze względu na strategiczne położenie - stanowił kluczowy punkt systemu obronnego Auckland.  W obawie przed rosyjską inwazją ustawiono tutaj olbrzymie działa, zbudowano baraki wojskowe a we wnętrzu góry – bunkry, tunele i instalacje obronne, z których część jest udostępniona zwiedzającym. Natomiast u stóp wulkanu znajduje się zaciszna plaża Chaltenham, jedna ze stu znajdujących się w tej okolicy. Nieco dalej na północ znajduje się jeden z najstarszych wulkanów w regionie – Pupuke, w kraterze którego znajduje się obecnie jezioro o tej samej nazwie.
W obrębie miasta znajduje się jeszcze jeden wart wzmianki wulkan – Mt Eden (zwany przez Maorysów Maungawhau), o wysokości 196 m, z trzema charakterystycznymi stożkami, z którego roztacza się spektakularny widok na miasto. Mamy zamiar się na niego wspiąć, oczywiście o ile się nie rozpada, co niestety z minuty na minutę staje się coraz bardziej prawdopodobne, niebo bowiem zasnuły ciężkie, szare chmury.



Town Hall




Szklane płyty tarasu















Zdjęcia wieży z zewnątrz autorstwa M.

Oczywiście podziwianie widoków to nie jedyna atrakcja Sky Tower. Przecież to mekka wszystkich miłośników sportów ekstremalnych, bowiem z wyższej, otwartej platformy, można w specjalnej uprzęży skoczyć w dół. Nie jest to klasyczne bungy a tzw. sky jump, w którym skoczek zakłada szelki z przymocowanymi do nich linami. Stąd skakał ojciec tego sportu, A.J. Hacker, który w 1998 roku, pobił tutaj swój własny rekord w skokach z nieruchomej konstrukcji.
Lot w dół zajmuje zaledwie kilka sekund (no bo w jakim czasie można pokonać odległość 192 metrów przy prędkości 130 km/godz.?:-)), z małym postojem przed oknami środkowego tarasu, na którym się aktualnie znajdujemy, gdzie – ku uciesze gawiedzi – delikwent przez chwilę zawisa w powietrzu a gapie mają okazję sfotografować jego przerażoną minę. Pyszna zabawa. Nad oknem, za którym przelatuje skoczek, znajduje się zegar, odmierzający czas do kolejnego skoku, przygotowujemy więc aparaty a oto efekty – samobójca odsłona pierwsza:


Odsłona druga

Oraz uwieczniony na krótkim filmie. Operator – M. Godny Oskara co najmniej.




Kiedy w końcu opuszczamy wieżę, zatrzymujemy się przez chwilę na dole i obserwujemy jednego z lądujących skoczków – bladą jak ściana dziewczynę, którą na trzęsących się jak galareta nogach odprowadza na bok obsługa. Pyszna zabawa – a nie mówiłam?

środa, 24 lutego 2010

28 września

Hobbiton czyli raj

"Trzy pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władców Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkim rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie."

Który z miłośników słynnej tolkienowskiej trylogii nie pamięta tych słów? A który z miłośników nie mniej słynnej adaptacji Petera Jacksona nie marzył o znalezieniu się choć na chwilę w rajskim Bags End, kraju ciągnącym się „na czterdzieści staj od Dalekich Wzgórz aż do mostu na Brandywinie i na pięćdziesiąt od północnych wrzosowisk do moczarów na południu. Hobbici nazywają go Shire’em; była to kraina (…) słynna z ładu i spokoju; w tym miłym zakątku pędzili spokojny, stateczny żywot (…).”
Stojąc wczesnym rankiem w centrum Matamata nie wiem wprawdzie, w którą stronę powinny znajdować się Dalekie Wzgórza a gdzie płynąć powinna Brandywine, ale za to Goluma znalazłam bezbłędnie:-)


Założone w pierwszej połowie XIX wieku miasteczko niczym na tle innych się właściwie nie wyróżnia. I pewnie żaden turysta w tak zasobnej w atrakcje turystyczne Nowej Zelandii nigdy by tu nie zawitał, gdyby nie Peter Jackson (rodowity Nowozelandczyk notabene), który – szukając idealnej scenerii do nowego filmu – któregoś razu nie trafił na położoną w pobliżu Matamata farmę braci Alexander. Bracia wprawdzie nigdy nie słyszeli o Śródziemiu, Frodo i tajemniczym Pierścieniu, ale zgodzili się na niemal półtorej roku udostępnić ekipie filmowej swoje tereny, jednak z zastrzeżeniem, że po zakończeniu prac plan filmowy zostanie rozebrany a wszelkie ślady działalności filmowców usunięte.
Miejsce było po prostu idealne - na 500 hektarach brak jest bowiem jakichkolwiek śladów cywilizacji – dróg, budynków czy linii wysokiego napięcia. Znajduje się tutaj za to niewielka dolina otoczona łagodnymi, soczyście zielonymi wzgórzami, z odbijającymi błękit nieba jeziorkami oraz radośnie pluskającym potokiem – wypisz wymaluj książkowe Shire.
Budowa planu trwała 9 miesięcy – poza zbudowaniem drzwi do domków (wnętrza jedynego pokazanego w filmie w środku domu Bagginsów kręcono w studiu w Wellington), młyna, gospody, mostku, pracownicy ekipy musieli posadzić wszystkie rośliny, jakie widzimy w filmie, bowiem reżyser chciał, aby miejsce wyglądało jak najbardziej naturalnie. Zasadzono więc kwiaty i krzewy, zrobiono zagony pełne warzyw, wkopano drzewa, a do Drzewa Urodzinowego ręcznie przyklejono 250.000 jedwabnych liści. "Hobbiton wcale nie był dekoracją. Była to prawdziwa wioska na wolnym powietrzu z uprawami, kwiatami rosnącymi w ogrodach, śpiewającymi ptakami, owadami... Nie było nic plastikowego albo sztucznego. Wejście do tak prawdziwego innego świata wywoływało dreszcz emocji"– powiedział Ian McKellen, odtwarzający postać czarodzieja Gandalfa (za Gazeta.film.pl).

Ten magiczny świat został niestety – zgodnie z umową - rozebrany po zakończeniu zdjęć. Jednak po premierze filmu, kiedy cały świat oszalał na punkcie Frodo a tłumy żądnych wrażeń turystów zaczęły ściągać na Nową tylko po to, aby odnaleźć ślady tolkienowskich bohaterów, bracia Alexander – wietrząc niezły interes – odtworzyli częściowo plan filmowy, odbudowując 17 z 37 pierwotnie znajdujących się tutaj wejść do domków. Farmę zwiedza się tylko w czasie wycieczek, organizowanych przez biuro turystyczne Rings Scenic Tours (należące do braci Alexander). Siedzibę biura w Matamata trudno przegapić – przed wejściem znajduje się charakterystyczna, pokryta zielenią, imitacja fasady hobbickiego domku.

Hobbita fotografował M.

W środku – ulotki, foldery, informatory – wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Hobbitonie, ale boicie się zapytać:-) Dziewczyna za ladą informuje nas, że wycieczki odbywają się kilka razy dziennie, w dwóch wersjach – pełnej i skróconej. Pełna obejmuje – poza zwiedzaniem Shire – pokaz strzyżenia owiec, skrócona – samo zwiedzanie. Decydujemy się na pełną – w końcu strzyżenia owiec nigdy nie widzieliśmy a kto wie, kiedy taka okazja się nadarzy:-) Najbliższy kurs za dwie godziny, mamy więc trochę czasu na a) małe co nieco, czyli podkurek b) obejrzenie miasteczka. Pytam więc dziewoję, gdzie można dobrze zjeść domowe śniadanie. Patrzy na mnie jakby myślała – „Wariatka bez wątpienia. Ale czy groźna?” - przecież tutaj co drugi lokal to knajpka. Ale mnie nie chodzi przecież o taki wypchany hałaśliwymi turystami a taki bardziej miejscowy, tubylczy, że się tak wyrażę. Ale tego już miłej dzieweczce nie wyjaśniam, bo patrzy jakbym była niespełna rozumu. Dobra! Wychodzimy a dokładnie na wprost nas ogromny szyld informuje, że tutaj oto mieści się restauracja Roberta Harrisa, „najlepsze jedzenie w mieście”. Na całą ulicę roznosi się aromatyczny zapach świeżo parzonej kawy i dopiero co upieczonych bułeczek – jeśli w ten sposób robią marketing, to udało im się idealnie. Dajemy się skusić. Jedzenie rzeczywiście jest wyśmienite a posiłek uprzyjemnia duża grupa hałaśliwych Niemców. Jest ich może z dziesięcioro, ale hałas jak na stadionie Wisły w czasie derby. Głowa mnie boli i mam ochotę posiedzieć w ciszy i podelektować się kawą oraz śpiewem ptaków. A ci szwargoczą. Cholera!

Po śniadaniu czas na spacer – Matamata jest malutkie i urocze. Dużo zieleni – wszędzie trawniki i klomby wybuchające feerią barw wiosennych kwiatów, ogromne stare drzewa, dające przyjemny cień, niewielki park, cicho i spokojnie. Rozleniwieni posiłkiem, włóczymy się po uliczkach. Przed południem wracamy przed centrum Rings Scenic Tours. Trochę przeraża mnie rozkrzyczana grupka maluchów, pod opieką nauczycielek zmierzająca w tę samą, co my, stronę. Mam nadzieję, że nie jadą na tę samą wycieczkę??? Ale szkraby skręcają w uliczkę wcześniej. Uff. Czterdzieściorga słodziaków w wieku 6 lat o głosikach tak donośnych, że mogłaby pozazdrościć im niejedna śpiewaczka operowa, chyba już byśmy – ja i moja obolała głowa – nie przeżyły. Podjeżdża kolorowy firmowy autobus, z którego wysypuje się grupka turystów, która właśnie skończyła zwiedzanie. Mijając się, wymieniamy informacje o wycieczce – było super a oni są oczarowani. Fajowo. Teraz nasza kolej, wsiadamy i ruszamy. Krajobraz po drodze do złudzenia przypomina filmowy – zielone zagajniki, pola kukurydzy, zagony ulubionej przez Pippina i Merry’ego marchewki i oczywiście owce:-) Mam wrażenie, że przenieśliśmy się wprost do Śródziemia. Wrażenie to potęguje się jeszcze, kiedy docieramy na miejsce, wysypujemy się z autobusu i nagle znajdujemy się w… Bags End, Wprawdzie brak pięknych kwiatów, zielonych krzewów, młyn i gospoda zniknęły, nie ma dymu unoszącego się z kominów domków i oczywiście brak mieszkańców, ale i tak wrażenie jest niesamowite. Dokładnie tak po przeczytaniu książki wiele lat temu wyobrażałam sobie to miejsce. TO JEST Shire. Jest... bajecznie? Sami zobaczcie…


Hobbiton filmował M.



„Domy i nory hobbitów z Shire’u bywały zwykle obszerne i zamieszkałe przez liczne rodziny.”






„Początkowo wszyscy hobbici mieszkali w norach ziemnych – tak przynajmniej powiadają – i w tego rodzaju mieszkaniach po dziś dzień czują się najbardziej swojsko. Z czasem wszakże musieli przyjąć również inne formy budownictwa. Za życia Bilba w Shire tylko najbogatsi i najbiedniejsi przestrzegali starego obyczaju. Biedacy mieszkali w prymitywnych jamach, w prawdziwych norach, o jednym oknie lub bez okien w ogóle; zamożni hobbici budowali sobie zbytkowne odmiany tradycyjnych nor. Nie wszędzie jednak można było znaleźć odpowiedni teren do budowy obszernych, rozgałęzionych korytarzy podziemnych (zwanych po hobbicku „smajalami”).”




Domek Frodo i Bilbo Bagginsów - na zewnątrz i widok ze środka:-)

Czy ktoś poznaje drogę, którą Gandalf przybył na urodziny Bilbo?

Plan zwiedza się pod opieką przewodnika, który pokazuje dokładnie, co znajdowało się w którym miejscu, który domek do kogo należał. Wcześniej w biurze otrzymaliśmy dokładną mapkę, więc po chwili orientujemy się mniej więcej, jak to wszystko wyglądało w czasie kręcenia. Dla ułatwienia ustawiono tutaj tablice ze zdjęciami z filmu – można porównać filmową scenerię ze stanem obecnym.

Plan filmowy...

...to samo miejsce dziś

Plan filmowy

dziś

Drzewo Urodzinowe Bilba na filmie

i w rzeczywistości


W ulotce znalazłam też kilka ciekawostek, związanych z filmem, które uzupełniam informacjami znalezionymi na oficjalnej stronie trylogii. Czy wiecie, że za potrzeby filmu wykonano aż 48.000 mieczy, sztyletów, toporów, tarcz i innych sztuk broni, uszyto 15.000 kostiumów dla wszystkich bohaterów filmu, zużyto aż 1600 par spiczastych uszu i silikonowych owłosionych stóp oraz wykonano ręcznie aż 300 peruk? 70 specjalnie tresowanych koni pomagało bohaterom przemierzać Śródziemie ale aż 250 brało udział jednocześnie w jednej ze scen. Wykonano 68 miniaturowych budowli i miejsc, takich jak wieża Orthank albo Lothlorien, a 30.000 gwoździ zużyto na budowę samego Cirith Angol. Ekipa liczyła ponad 300 osób, z filmem współpracowało 50 krawców. W filmie znalazło się niemal 1.300 ujęć trikowych i wygenerowano komputerowo ponad 200 twarzy samych orków. Oczywiście mnóstwo innych ciekawostek znaleźć można i na oficjalnych i nieoficjalnych stronach filmu.

Po zakończeniu tej części zwiedzania autobus zabiera nas jeszcze na samą farmę, gdzie będziemy mieli niepowtarzalną okazję obejrzeć, jak owce tracą swoje sweterki:-)

Niczego nie podejrzewająca owieczka, która za chwilę straci ubranko:-)

Na niewielką scenę wychodzi jeden z pracowników farmy, który opowiada o procesie strzyżenia a następnie prezentuje, jak w kilka sekund pozbawić zwierzątko cennej wełny. Szybkość, z jaką to wykonuje, jest niesamowita. Mrugnęłam okiem – a przede mną stoi łyse, pobekujące stworzenie, które w cale nie przypomina puchatej owieczki sprzed kilku sekund. Imponujące:-)







Czy ktoś wie, gdzie się podział mój sweterek?

Na koniec pokazu trochę zabawy – do sali wpuszczane są malutkie jagnięta, chętni otrzymują butelki z mlekiem i mogą karmić maleństwa.
W pokazie pomaga przez chwilę śliczna mała dziewczynka – najwyraźniej córeczka pana od owcy. Na czas występu wręcza mi swoją lalę do potrzymania. Niestety – niegramotna – trzymam ją do góry nogami, ale czujna mała karci mnie scenicznym szeptem - „Nie trzymaj jej w ten sposób! Przecież ją zabijesz!!!”
Ze wstydu zapadam się pod ziemię:-)

Wracamy do miasta wczesnym popołudniem. W Matamata jemy jeszcze lekki lunch i ruszamy do Auckland. Musimy dojechać na miejsce, znaleźć motel, wysprzątać samochód, bo następnego dnia rano oddajemy go do wypożyczalni.
Popołudnie jest żółto-błękitno-zielone, im dalej na północ, tym więcej liści na drzewach i kwiatów na łąkach. Tutaj wiosna już dawno zawitała, w przeciwieństwie do drugiej wyspy. Jest ciepło, leniwie, puchate obłoki suną po niebie, popychane lekkimi podmuchami wiosennego wiatru. Idylla. Sielanka. Bajka.


Po godzinie wjeżdżamy na kilkupasmową autostradę. Trudno uwierzyć, że tak niedaleko stąd są tak spokojnie – idylliczne miejsca, jak Matamata. Posuwamy się niezbyt szybko w sznurze samochodów przez coraz gęstszą zabudowę kolejnych miast i miasteczek. Zakręt za zakrętem, górka za górką, monotonnie i w spalinach przemierzamy kolejne kilometry. Po godzinie wjeżdżamy na kolejne niewielkie wzniesienie i nagle naszym oczom ukazuje się błękitny przestwór wody z obu stron a na środku, jak na wyspie, strzeliste wysokościowce, ostra iglica wieży i mrowie domów dookoła - Auckland skąpane w późnopopołudniowym, ciepłym słońcu. Jesteśmy już niemal na miejscu.
Długi, powolny zjazd w dół, w stronę miasta. Po lewej stronie przestwór nieba przecinają srebrzyste samoloty, zmierzająca na i z lotniska. Rzucają cienie na ogromną zatokę od strony Morza Tasmana. Po drugiej lśni w słońcu zatoka Hauraki. Miasto usytuowane jest w cieśninie, oddzielającej Morze Tasmana od Pacyfiku, na stałym lądzie oraz malowniczych wysepkach, rozsianych po przybrzeżnych wodach. To jedyne tak duże, bo niemal półtorej milionowe miasto Nowej Zelandii, które właściwie pełni funkcje stolicy.

Miasto spore, ale to wcale nie oznacza, że nie ma problemu ze znalezieniem noclegu. Otwieram mój magiczny przewodnik, który wymienia dziesiątki takich i owakich moteli. Wymyśliłam sobie nocleg blisko miasta, żebyśmy wieczorem mogli taksówką podjechać na kolację, spacer i wino w jakiejś przytulnej knajpce. Jeździmy więc od jednego do drugiego i coraz bardziej marudzimy – a to za głośno, a to już z zewnątrz budynek wygląda na bardzo zaniedbany, a to drogo, chociaż recepcjonistka kusi i promocyjną ceną i jaccuzi:-) Po przejechaniu niemal całego kraju jesteśmy ciut rozwydrzeni – już się przyzwyczailiśmy do tego, że każdy nasz nocleg przypada w miejscu a) ładnym b) czystym c) tanim. Ale tu, na obrzeżach dużego miasta i ceny i standard są odrobinę inne. Decydujemy się w końcu na niewielki hotel niedaleko lotniska. Z dala od miasta, ale rzut beretem od wypożyczalni, z której mamy auto. Poszukiwania zajęły nam więcej czasu, niż się spodziewaliśmy (tak tak, kajam się – to moja wina! Ale za to bardzo gruntownie zwiedziliśmy południową część miasta:-)), więc kiedy w końcu rozpakowujemy samochód, jest już wieczór. Wyładowujemy ze środka bagaże i tony ulotek oraz folderów, które nazbieraliśmy po drodze. Auto jest wyczyszczone i sprawdzone, gotowe do oddania.
Po kąpieli i hotelowej kolacji (dużo niezidentyfikowanych dań o dziwnej szaro-burej barwie – profilaktycznie podlaliśmy posiłek wysokoprocentowymi napojami, aby uniknąć nieprzyjemnych sensacji żołądkowych) przeglądam wszystkie ulotki. Niestety, mamy ich kilka kilogramów, musimy więc większość zostawić. Szkoda, bo tylu informacji o NZ nie znajdę w żadnym dostępnym u nas przewodniku. Idziemy spać wyjątkowo wcześnie, ale jutro czeka nas wczesna pobudka – jesteśmy umówieni w wypożyczalni o 10:00 rano, a jeszcze musimy ją znaleźć:-)

* wszystkie użyte w poście fragmenty Władcy Pierścieni pochodzą z wydania z roku 1990 w tłumaczeniu Marii Skibniewskiej.