środa, 24 lutego 2010

28 września

Hobbiton czyli raj

"Trzy pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władców Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkim rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć,
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie."

Który z miłośników słynnej tolkienowskiej trylogii nie pamięta tych słów? A który z miłośników nie mniej słynnej adaptacji Petera Jacksona nie marzył o znalezieniu się choć na chwilę w rajskim Bags End, kraju ciągnącym się „na czterdzieści staj od Dalekich Wzgórz aż do mostu na Brandywinie i na pięćdziesiąt od północnych wrzosowisk do moczarów na południu. Hobbici nazywają go Shire’em; była to kraina (…) słynna z ładu i spokoju; w tym miłym zakątku pędzili spokojny, stateczny żywot (…).”
Stojąc wczesnym rankiem w centrum Matamata nie wiem wprawdzie, w którą stronę powinny znajdować się Dalekie Wzgórza a gdzie płynąć powinna Brandywine, ale za to Goluma znalazłam bezbłędnie:-)


Założone w pierwszej połowie XIX wieku miasteczko niczym na tle innych się właściwie nie wyróżnia. I pewnie żaden turysta w tak zasobnej w atrakcje turystyczne Nowej Zelandii nigdy by tu nie zawitał, gdyby nie Peter Jackson (rodowity Nowozelandczyk notabene), który – szukając idealnej scenerii do nowego filmu – któregoś razu nie trafił na położoną w pobliżu Matamata farmę braci Alexander. Bracia wprawdzie nigdy nie słyszeli o Śródziemiu, Frodo i tajemniczym Pierścieniu, ale zgodzili się na niemal półtorej roku udostępnić ekipie filmowej swoje tereny, jednak z zastrzeżeniem, że po zakończeniu prac plan filmowy zostanie rozebrany a wszelkie ślady działalności filmowców usunięte.
Miejsce było po prostu idealne - na 500 hektarach brak jest bowiem jakichkolwiek śladów cywilizacji – dróg, budynków czy linii wysokiego napięcia. Znajduje się tutaj za to niewielka dolina otoczona łagodnymi, soczyście zielonymi wzgórzami, z odbijającymi błękit nieba jeziorkami oraz radośnie pluskającym potokiem – wypisz wymaluj książkowe Shire.
Budowa planu trwała 9 miesięcy – poza zbudowaniem drzwi do domków (wnętrza jedynego pokazanego w filmie w środku domu Bagginsów kręcono w studiu w Wellington), młyna, gospody, mostku, pracownicy ekipy musieli posadzić wszystkie rośliny, jakie widzimy w filmie, bowiem reżyser chciał, aby miejsce wyglądało jak najbardziej naturalnie. Zasadzono więc kwiaty i krzewy, zrobiono zagony pełne warzyw, wkopano drzewa, a do Drzewa Urodzinowego ręcznie przyklejono 250.000 jedwabnych liści. "Hobbiton wcale nie był dekoracją. Była to prawdziwa wioska na wolnym powietrzu z uprawami, kwiatami rosnącymi w ogrodach, śpiewającymi ptakami, owadami... Nie było nic plastikowego albo sztucznego. Wejście do tak prawdziwego innego świata wywoływało dreszcz emocji"– powiedział Ian McKellen, odtwarzający postać czarodzieja Gandalfa (za Gazeta.film.pl).

Ten magiczny świat został niestety – zgodnie z umową - rozebrany po zakończeniu zdjęć. Jednak po premierze filmu, kiedy cały świat oszalał na punkcie Frodo a tłumy żądnych wrażeń turystów zaczęły ściągać na Nową tylko po to, aby odnaleźć ślady tolkienowskich bohaterów, bracia Alexander – wietrząc niezły interes – odtworzyli częściowo plan filmowy, odbudowując 17 z 37 pierwotnie znajdujących się tutaj wejść do domków. Farmę zwiedza się tylko w czasie wycieczek, organizowanych przez biuro turystyczne Rings Scenic Tours (należące do braci Alexander). Siedzibę biura w Matamata trudno przegapić – przed wejściem znajduje się charakterystyczna, pokryta zielenią, imitacja fasady hobbickiego domku.

Hobbita fotografował M.

W środku – ulotki, foldery, informatory – wszystko, co chcielibyście wiedzieć o Hobbitonie, ale boicie się zapytać:-) Dziewczyna za ladą informuje nas, że wycieczki odbywają się kilka razy dziennie, w dwóch wersjach – pełnej i skróconej. Pełna obejmuje – poza zwiedzaniem Shire – pokaz strzyżenia owiec, skrócona – samo zwiedzanie. Decydujemy się na pełną – w końcu strzyżenia owiec nigdy nie widzieliśmy a kto wie, kiedy taka okazja się nadarzy:-) Najbliższy kurs za dwie godziny, mamy więc trochę czasu na a) małe co nieco, czyli podkurek b) obejrzenie miasteczka. Pytam więc dziewoję, gdzie można dobrze zjeść domowe śniadanie. Patrzy na mnie jakby myślała – „Wariatka bez wątpienia. Ale czy groźna?” - przecież tutaj co drugi lokal to knajpka. Ale mnie nie chodzi przecież o taki wypchany hałaśliwymi turystami a taki bardziej miejscowy, tubylczy, że się tak wyrażę. Ale tego już miłej dzieweczce nie wyjaśniam, bo patrzy jakbym była niespełna rozumu. Dobra! Wychodzimy a dokładnie na wprost nas ogromny szyld informuje, że tutaj oto mieści się restauracja Roberta Harrisa, „najlepsze jedzenie w mieście”. Na całą ulicę roznosi się aromatyczny zapach świeżo parzonej kawy i dopiero co upieczonych bułeczek – jeśli w ten sposób robią marketing, to udało im się idealnie. Dajemy się skusić. Jedzenie rzeczywiście jest wyśmienite a posiłek uprzyjemnia duża grupa hałaśliwych Niemców. Jest ich może z dziesięcioro, ale hałas jak na stadionie Wisły w czasie derby. Głowa mnie boli i mam ochotę posiedzieć w ciszy i podelektować się kawą oraz śpiewem ptaków. A ci szwargoczą. Cholera!

Po śniadaniu czas na spacer – Matamata jest malutkie i urocze. Dużo zieleni – wszędzie trawniki i klomby wybuchające feerią barw wiosennych kwiatów, ogromne stare drzewa, dające przyjemny cień, niewielki park, cicho i spokojnie. Rozleniwieni posiłkiem, włóczymy się po uliczkach. Przed południem wracamy przed centrum Rings Scenic Tours. Trochę przeraża mnie rozkrzyczana grupka maluchów, pod opieką nauczycielek zmierzająca w tę samą, co my, stronę. Mam nadzieję, że nie jadą na tę samą wycieczkę??? Ale szkraby skręcają w uliczkę wcześniej. Uff. Czterdzieściorga słodziaków w wieku 6 lat o głosikach tak donośnych, że mogłaby pozazdrościć im niejedna śpiewaczka operowa, chyba już byśmy – ja i moja obolała głowa – nie przeżyły. Podjeżdża kolorowy firmowy autobus, z którego wysypuje się grupka turystów, która właśnie skończyła zwiedzanie. Mijając się, wymieniamy informacje o wycieczce – było super a oni są oczarowani. Fajowo. Teraz nasza kolej, wsiadamy i ruszamy. Krajobraz po drodze do złudzenia przypomina filmowy – zielone zagajniki, pola kukurydzy, zagony ulubionej przez Pippina i Merry’ego marchewki i oczywiście owce:-) Mam wrażenie, że przenieśliśmy się wprost do Śródziemia. Wrażenie to potęguje się jeszcze, kiedy docieramy na miejsce, wysypujemy się z autobusu i nagle znajdujemy się w… Bags End, Wprawdzie brak pięknych kwiatów, zielonych krzewów, młyn i gospoda zniknęły, nie ma dymu unoszącego się z kominów domków i oczywiście brak mieszkańców, ale i tak wrażenie jest niesamowite. Dokładnie tak po przeczytaniu książki wiele lat temu wyobrażałam sobie to miejsce. TO JEST Shire. Jest... bajecznie? Sami zobaczcie…


Hobbiton filmował M.



„Domy i nory hobbitów z Shire’u bywały zwykle obszerne i zamieszkałe przez liczne rodziny.”






„Początkowo wszyscy hobbici mieszkali w norach ziemnych – tak przynajmniej powiadają – i w tego rodzaju mieszkaniach po dziś dzień czują się najbardziej swojsko. Z czasem wszakże musieli przyjąć również inne formy budownictwa. Za życia Bilba w Shire tylko najbogatsi i najbiedniejsi przestrzegali starego obyczaju. Biedacy mieszkali w prymitywnych jamach, w prawdziwych norach, o jednym oknie lub bez okien w ogóle; zamożni hobbici budowali sobie zbytkowne odmiany tradycyjnych nor. Nie wszędzie jednak można było znaleźć odpowiedni teren do budowy obszernych, rozgałęzionych korytarzy podziemnych (zwanych po hobbicku „smajalami”).”




Domek Frodo i Bilbo Bagginsów - na zewnątrz i widok ze środka:-)

Czy ktoś poznaje drogę, którą Gandalf przybył na urodziny Bilbo?

Plan zwiedza się pod opieką przewodnika, który pokazuje dokładnie, co znajdowało się w którym miejscu, który domek do kogo należał. Wcześniej w biurze otrzymaliśmy dokładną mapkę, więc po chwili orientujemy się mniej więcej, jak to wszystko wyglądało w czasie kręcenia. Dla ułatwienia ustawiono tutaj tablice ze zdjęciami z filmu – można porównać filmową scenerię ze stanem obecnym.

Plan filmowy...

...to samo miejsce dziś

Plan filmowy

dziś

Drzewo Urodzinowe Bilba na filmie

i w rzeczywistości


W ulotce znalazłam też kilka ciekawostek, związanych z filmem, które uzupełniam informacjami znalezionymi na oficjalnej stronie trylogii. Czy wiecie, że za potrzeby filmu wykonano aż 48.000 mieczy, sztyletów, toporów, tarcz i innych sztuk broni, uszyto 15.000 kostiumów dla wszystkich bohaterów filmu, zużyto aż 1600 par spiczastych uszu i silikonowych owłosionych stóp oraz wykonano ręcznie aż 300 peruk? 70 specjalnie tresowanych koni pomagało bohaterom przemierzać Śródziemie ale aż 250 brało udział jednocześnie w jednej ze scen. Wykonano 68 miniaturowych budowli i miejsc, takich jak wieża Orthank albo Lothlorien, a 30.000 gwoździ zużyto na budowę samego Cirith Angol. Ekipa liczyła ponad 300 osób, z filmem współpracowało 50 krawców. W filmie znalazło się niemal 1.300 ujęć trikowych i wygenerowano komputerowo ponad 200 twarzy samych orków. Oczywiście mnóstwo innych ciekawostek znaleźć można i na oficjalnych i nieoficjalnych stronach filmu.

Po zakończeniu tej części zwiedzania autobus zabiera nas jeszcze na samą farmę, gdzie będziemy mieli niepowtarzalną okazję obejrzeć, jak owce tracą swoje sweterki:-)

Niczego nie podejrzewająca owieczka, która za chwilę straci ubranko:-)

Na niewielką scenę wychodzi jeden z pracowników farmy, który opowiada o procesie strzyżenia a następnie prezentuje, jak w kilka sekund pozbawić zwierzątko cennej wełny. Szybkość, z jaką to wykonuje, jest niesamowita. Mrugnęłam okiem – a przede mną stoi łyse, pobekujące stworzenie, które w cale nie przypomina puchatej owieczki sprzed kilku sekund. Imponujące:-)







Czy ktoś wie, gdzie się podział mój sweterek?

Na koniec pokazu trochę zabawy – do sali wpuszczane są malutkie jagnięta, chętni otrzymują butelki z mlekiem i mogą karmić maleństwa.
W pokazie pomaga przez chwilę śliczna mała dziewczynka – najwyraźniej córeczka pana od owcy. Na czas występu wręcza mi swoją lalę do potrzymania. Niestety – niegramotna – trzymam ją do góry nogami, ale czujna mała karci mnie scenicznym szeptem - „Nie trzymaj jej w ten sposób! Przecież ją zabijesz!!!”
Ze wstydu zapadam się pod ziemię:-)

Wracamy do miasta wczesnym popołudniem. W Matamata jemy jeszcze lekki lunch i ruszamy do Auckland. Musimy dojechać na miejsce, znaleźć motel, wysprzątać samochód, bo następnego dnia rano oddajemy go do wypożyczalni.
Popołudnie jest żółto-błękitno-zielone, im dalej na północ, tym więcej liści na drzewach i kwiatów na łąkach. Tutaj wiosna już dawno zawitała, w przeciwieństwie do drugiej wyspy. Jest ciepło, leniwie, puchate obłoki suną po niebie, popychane lekkimi podmuchami wiosennego wiatru. Idylla. Sielanka. Bajka.


Po godzinie wjeżdżamy na kilkupasmową autostradę. Trudno uwierzyć, że tak niedaleko stąd są tak spokojnie – idylliczne miejsca, jak Matamata. Posuwamy się niezbyt szybko w sznurze samochodów przez coraz gęstszą zabudowę kolejnych miast i miasteczek. Zakręt za zakrętem, górka za górką, monotonnie i w spalinach przemierzamy kolejne kilometry. Po godzinie wjeżdżamy na kolejne niewielkie wzniesienie i nagle naszym oczom ukazuje się błękitny przestwór wody z obu stron a na środku, jak na wyspie, strzeliste wysokościowce, ostra iglica wieży i mrowie domów dookoła - Auckland skąpane w późnopopołudniowym, ciepłym słońcu. Jesteśmy już niemal na miejscu.
Długi, powolny zjazd w dół, w stronę miasta. Po lewej stronie przestwór nieba przecinają srebrzyste samoloty, zmierzająca na i z lotniska. Rzucają cienie na ogromną zatokę od strony Morza Tasmana. Po drugiej lśni w słońcu zatoka Hauraki. Miasto usytuowane jest w cieśninie, oddzielającej Morze Tasmana od Pacyfiku, na stałym lądzie oraz malowniczych wysepkach, rozsianych po przybrzeżnych wodach. To jedyne tak duże, bo niemal półtorej milionowe miasto Nowej Zelandii, które właściwie pełni funkcje stolicy.

Miasto spore, ale to wcale nie oznacza, że nie ma problemu ze znalezieniem noclegu. Otwieram mój magiczny przewodnik, który wymienia dziesiątki takich i owakich moteli. Wymyśliłam sobie nocleg blisko miasta, żebyśmy wieczorem mogli taksówką podjechać na kolację, spacer i wino w jakiejś przytulnej knajpce. Jeździmy więc od jednego do drugiego i coraz bardziej marudzimy – a to za głośno, a to już z zewnątrz budynek wygląda na bardzo zaniedbany, a to drogo, chociaż recepcjonistka kusi i promocyjną ceną i jaccuzi:-) Po przejechaniu niemal całego kraju jesteśmy ciut rozwydrzeni – już się przyzwyczailiśmy do tego, że każdy nasz nocleg przypada w miejscu a) ładnym b) czystym c) tanim. Ale tu, na obrzeżach dużego miasta i ceny i standard są odrobinę inne. Decydujemy się w końcu na niewielki hotel niedaleko lotniska. Z dala od miasta, ale rzut beretem od wypożyczalni, z której mamy auto. Poszukiwania zajęły nam więcej czasu, niż się spodziewaliśmy (tak tak, kajam się – to moja wina! Ale za to bardzo gruntownie zwiedziliśmy południową część miasta:-)), więc kiedy w końcu rozpakowujemy samochód, jest już wieczór. Wyładowujemy ze środka bagaże i tony ulotek oraz folderów, które nazbieraliśmy po drodze. Auto jest wyczyszczone i sprawdzone, gotowe do oddania.
Po kąpieli i hotelowej kolacji (dużo niezidentyfikowanych dań o dziwnej szaro-burej barwie – profilaktycznie podlaliśmy posiłek wysokoprocentowymi napojami, aby uniknąć nieprzyjemnych sensacji żołądkowych) przeglądam wszystkie ulotki. Niestety, mamy ich kilka kilogramów, musimy więc większość zostawić. Szkoda, bo tylu informacji o NZ nie znajdę w żadnym dostępnym u nas przewodniku. Idziemy spać wyjątkowo wcześnie, ale jutro czeka nas wczesna pobudka – jesteśmy umówieni w wypożyczalni o 10:00 rano, a jeszcze musimy ją znaleźć:-)

* wszystkie użyte w poście fragmenty Władcy Pierścieni pochodzą z wydania z roku 1990 w tłumaczeniu Marii Skibniewskiej.

piątek, 5 lutego 2010

27 września

Rotorua – feel the spirit – Manaakitanga

Hm hm a która to godzina? Za oknem usypiająco szumi deszcz, nie chce się nam wstawać. Rotorua wita nas wszechobecnym smrodem zgniłych jaj oraz ulewą. A mieliśmy na dzisiaj taaakie plany – spacer po mieście, nad jeziorami, wioski Maorysów, gejzery, pokaz hangi wieczorem... Ale na razie pijemy herbatę i zastanawiamy się leniwie – wychodzić w taką ulewę czy nie wychodzić. Kiedy koło południa deszcz w końcu słabnie, jedziemy do centrum.
Jak piszą na stronie internetowej miasta „Czy interesuje Cię kultura maoryska, czy chciałbyś poznać geotermalne właściwości ziemi, czy masz ochotę na odmłodzenie w spa albo na odrobinę przygody lub też chciałbyś skorzystać z dóbr natury, jak na przykład z atrakcji, jakie oferuje 16 jezior, a może interesują Cię najlepsze na świecie górskie szlaki rowerowe, połów pstrągów lub spacery pięknymi lasami – Rotorua zapewnia to wszystko! To naprawdę wyjątkowy kawałek Nowej Zelandii.”
I rzeczywiście jest wyjątkowa. Rotorua jest przede wszystkim miejscowością uzdrowiskową i atrakcją turystyczną ze względu na okoliczne gejzery, aktywne geotermalnie obszary i ładną przyrodę. Jest również ważnym ośrodkiem tradycyjnej kultury maoryskiej.
Miasto zostało zbudowane na Płaskowyżu Centralnym, w szczególnie aktywnej strefie wulkanicznej Taupo (stąd wszechobecny smród siarkowodoru, który jest efektem działalności wulkanicznej), nad jeziorem o tej samej nazwie. Rotorua Lake jest drugim największym słodkowodnym zbiornikiem Wyspy Północnej, powstałym – podobnie jak pozostałe 15 okolicznych jezior - w wyniku erupcji wulkanu ok. 200.000 lat temu. Na środku turkusowego jeziora znajduje się Wyspa Mokoia, uformowana w wyniku wolno wydostającej się spod ziemi lawy. Związana jest z nią jedna z najpiękniejszych maoryskich legend – historia miłosna Hinemoa i Tutanekai. Podobno piękna dziewczyna o imieniu Hinemoa, córka jednego z wpływowych wodzów, mieszkająca na zachodnim brzegu jeziora, zakochała się w chłopaku, mieszkającym na wyspie. Jednak jej rodzina, ze względu na niskie urodzenie chłopaka, nie chciała zgodzić się na ślub. Mieszkańcy jej wioski codziennie wieczorem chowali łodzie, żeby Hinemoa nie uciekła do kochanka. Ale pewnej nocy, prowadzona w ciemności melodią, graną przez Tutanekai na flecie, Hinemoa przepłynęła jezioro wpław. Jej rodzina musiała zgodzić się na ślub a potomkowie owej romantycznej pary kochanków żyją tu po dziś dzień, bowiem podobno... historia ta jest prawdziwa:-)
Patrząc na maoryskie legendy, odnoszę wrażenie, że to bardzo kochliwy naród:-)

Zbudowane w drugiej połowie XIX miasto zachowało kilka historycznych budynków. Do najsłynniejszych zalicza się, zbudowany w stylu Tudorów, The Bath House. Wzniesiony został na początku stulecia przez rząd NZ, który miał ambicje zbudowania tutaj największego na Morzach Południowych spa. W obecnej chwili swoją siedzibę ma tutaj Rotorua Museum of Art and History, prezentujące między innymi historię Maorysów, zamieszkujących te tereny, ich pierwsze spotkania z europejskimi kolonizatorami, sceny z życia codziennego.


Bath House (źródło - Wikipedia)

Z kolei otwarte dla publiczności w 1885 roku The Blue Bath jako pierwsze zaopatrywane były w alkaliczne wody z pobliskiego Qrauwhata Cauldron, a następnie Chameleon Spring. Można było również zażyć zachwalanych kąpieli elektrogalwanicznych oraz kąpieli siarczkowych (sulphur vapour bath – proszę o poprawienie, jeśli źle przetłumaczyłam).
Kolejny charakterystyczny budynek to The Old Post Office – siedziba poczty, wzniesiona w 1914. Na wieży znajduje się zegar, skonstruowany w 1906 na cześć premiera Richarda Seddona. Z tego samego okresu pochodzi Te Runanga Tea House, pełniący funkcję ośrodka spotkań towarzyskich turystów i kuracjuszy oraz The Landmark z roku ok. 1900, zbudowany z kauri jeden z najstarszych zachowanych prywatnych domów w mieście. Zwiedzając miasto nie sposób pominąć bramy The Prince’s Gate w kształcie stylizowanej korony, zbudowanej przy okazji wizyty księcia i księżnej Kornwalii i Yorku (późniejszego króla Jerzego V oraz królowej Marii) w 1901 roku.

Wart uwagi jest kościół Świętej Wiary, znajdujący się w maoryskiej wiosce Ohinemutu (obecnie właściwie stanowiącej północne przedmieścia miasta). Wzniesiona na początku XX w. anglikańska świątynia jest świadectwem mieszania się dwóch kultur – europejskiej i maoryskiej. Jej wnętrze zostało bogato ozdobione płaskorzeźbami, nawiązującymi do maoryskiej mitologii. Z kolei w bocznej nawie umieszczono witraż przedstawiający Chrystusa ubranego w tunikę maoryskiego wodza. Kiedy patrzeć na witraż ze środka kościoła, wydaje się, jakby Chrystus stąpał po wodzie leżącego przy świątyni jeziora...
Naprzeciwko kościoła znajduje się Dom Spotkań Tamatekapua, wzniesiony w 1887 roku i nazwany na cześć kapitana canoe Arawa, którym pierwsi Maorysi przybyli na Nową Zelandię z Hawaiki. Jest miejscem świętem i dlatego nieudostępniony turystom.

Na północnym krańcu Rotorua znajduje się publiczny (a więc bezpłatny) park Kuirau, na terenie którego zobaczyć można kilka niewielkich, choć aktywnych gejzerów, obok których poprowadzone są kładki. Kto lubi mocne wrażenia, na pewno spodoba mu się ryzyko objawienia nowego gejzeru akurat w momencie, kiedy będzie zwiedzał park. Tak się stało w 2001 roku, kiedy kamienie i błoto nagle wystrzeliły 10 metrów w górę w obłokach pary – w taki spektakularny sposób poinformował o swoim powstaniu jeden z nowych gejzerów. Dwa lata później, ku uciesze zwiedzających, miało miejsce podobne zdarzenie. Na szczęście w obu przypadkach nic nikomu się nie stało, a malownicze wybuchy nowych gejzerów stały się jedną z tutejszych atrakcji.
Jednak największy i najsłynniejszy gejzer – Pohutu, który mamy zamiar obejrzeć, położony jest 3 kilometry za miastem, na terenie rezerwatu termalnego Te Whakarewarewa o te Ope Taua a Wahiao, jak brzmi jego pełna nazwa:-) Więc po obejrzeniu miasta, co zajęło nam pół godziny (nad jeziorem niestety nie pospacerujemy, bo oprócz ciągle padającego deszczu zaczęło wiać i zrobiło się naprawdę nieprzyjemnie), wracamy do samochodu i jedziemy do ‘Whaka’, jak w skrócie nazywają to miejsce autochtoni.

Właściwe wejście na teren tzw. „Równiny Gejzerów” prowadzi przez Te Puia, ale Pohutu widać również z sąsiedniej maoryskiej wioski Whakarewarewa Thermal Village, więc postanawiamy zwiedzić dwie rzeczy za jednym zamachem – maoryska kultura i cuda przyrody w jednym.

W cenę biletu, który kupujemy przy wejściu do ‘Whaka’ wliczone jest zwiedzanie z przewodnikiem oraz występ artystyczny. Jednak kiedy widzę grupę turystów z rozkrzyczanymi dziećmi, czekającą na przewodnika, odechciewa mi się chodzić w ich towarzystwie. Wolimy sami spokojnie pospacerować, robiąc przystanki na zdjęcia tam, gdzie będziemy mieli ochotę. O ile zrobimy jakieś zdjęcia, bo znowu pada...

Jakie jest najdłuższe słowo, które znacie?:-)

Whakarewarewa robi na mnie przygnębiające wrażenie – skupisko niedużych domków, sprawiających wrażenie biednych i smutni ludzie na progach. Jedynie dzieciaki skaczące ze skarpy do jednego z gorących jeziorek są radosne i roześmiane, beztrosko bawią się, nie zwracając uwagi na obfotografujących je turystów. Nie mam ochoty robić zdjęć, cały czas mam wrażenie, że spozierającym na nas z ganków mieszkańcom wcale się nie podoba to turystyczno – beztroskie wymachiwanie gdzie-bądź aparatem, choć to przecież miejsce specjalnie dla turystów zachowane i udostępniane. A może się mylę? to tylko moje  subiektywne odczucia,  w końcu patrzę przez pryzmat kilku podobnych miejsc na świecie, które widziałam... Nie wiem,  jak jest naprawdę, ale odkładam aparat. W moim odczuciu to smutne miejsce, smutna pozostałość po dawnej wspaniałej kulturze i bogatych tradycjach, z których po radosnej inwazji (pardon – pokojowej kolonizacji) europejskich przybyszów niewiele już zostało...


Oprócz licznych domków znajduje się tutaj marae – dom spotkań, niewielki cmentarz oraz maoryski teatr (podobno jedyny na NZ), gdzie dwa razy dziennie odbywa się pokaz tańców i śpiewów. Ponieważ właśnie zaczyna się spektakl, postanawiamy go obejrzeć. Na scenie pojawiają się tancerze obu płci. Wojownicy z dzidami i toporkami, w rytualnych tatuażach, teraz zwykle zmywalnych (kiedyś trwałych), podczas tańca wojennego haka mają taką ekspresję na twarzach, jakby rzeczywiście zamierzali rozpocząć walkę z wrogiem. Taniec kobiet z czymś, co przypomina pompony, nazywany jest poi, zabawa z drewnianymi pałeczkami to ti rakau. Zarówno poi jak i te rakau pierwotnie były ćwiczeniami, wyrabiającymi zręczność i wzmacniającymi siłę ramion. Obecnie stanowią nieodłączny, bardzo malowniczy element tańca. Kto ma ochotę poczytać historię poi, opowiedzianą przez Maoryskę z plemienia Ngati Whatua, zapraszam tutaj.

Śpiewają pięknie, największe wrażenie robi na mnie oczywiście haka (jak to się stało, że akurat z haka nie mamy żadnego filmu?) i pieśń miłosna (tak, tak, ma się tę romantyczną duszę:-)), którą zamieszczałam kilka postów wcześniej. Jednak przyglądając się im mam wrażenie, że trochę ich chyba nudzi ta szopka dla turystów. Jeden z nich sprawia wrażenie, jakby został zerwany dopiero co z łóżka i to na solidnym kacu – pozostałości po ubiegłonocnej imprezie. Ma nieprzytomne spojrzenie, rozczochrane włosy i – dałabym sobie rękę uciąć – odcisk od poduszki na policzku:-)
A jak śpiewają, posłuchajcie tutaj…

Maoryskie - witajcie:-) 
skoro tak mówią - witajcie, to nie chcę wiedzieć, jak mówią - twoja obecność nie jest tu pożądana:-)






Wieczorami tutaj i w innych, okolicznych wioskach odbywają się – oczywiście specjalnie dla turystów – przedstawienia (tańce, opowieści o historii i kulturze Maorysów – oferta bogata, bo każdy hotel i każda wioska ma swoje spektakle), połączone z posiłkiem, zwanym hangi. Słowo to pierwotnie oznaczało dół, w którym pieczone było jedzenie, teraz używa się go do określenia posiłku jako takiego. Na hangi tradycyjnie składały się ryby, wołowina, baranina oraz mięso kurczaka, do tego warzywa - słodkie ziemniaki, dynia. Kiedyś zawijane w liście, w dzisiejszych czasach w aluminiową folię, pieczone są w podziemnych piecach, wyłożonych rozgrzanymi kamieniami lub – jak w Rotorua – przy wykorzystaniu geotermalnych właściwości ziemi. W ‘Whaka’ aby spróbować hangi nie trzeba nawet czekać do wieczornego spektaklu – serwują je w Ned’s cafe, o czym niestety doczytałam poniewczasie.

Śpioch ostatni po prawej:-)

Te rakau.Hulanki i swawole fotografował M.

Po zakończonym przedstawieniu idziemy jeszcze obejrzeć widoczny z wioski fragment słynnej Równiny Gejzerów (Geyser Flat) z siedmioma czynnymi gejzerami. Wody podskórne, podgrzewane przez płynną skałę, zamieniają się w parę wodną pod silnym ciśnieniem, która uchodzi spod ziemi właśnie w postaci gejzerów. Najbardziej widowiskowy jest Prince of Wales, potrójny gejzer, z którego woda tryska na wysokość 12 metrów. Co ciekawsze, jego aktywność poprzedza zawsze wybuch potężnego Pohutu. Strumień wody, wydostający się z jego wnętrza, sięga 20 metrów a owo niesamowite zjawisko można obserwować do 30 razy dziennie.




W samej wiosce również widać wulkaniczną działalność ziemi - bajorka wypełnione wrzącym błotem, które kipi i bulgocze. Właściwie każdy dom tutaj ma własne, parujące jeziorko. Nad wioską unoszą się nieustannie obłoczki pary i oczywiście uroczy odór zgniłych jaj, od którego zaczyna boleć mnie głowa.



Jednak Równina Gejzerów to nie jedyna tego typu atrakcja w okolicy. Około 25 km dalej na południe znajduje się Wai-O-Tapu – wspaniały rezerwat  krajobrazowy ze słynnym Gejzerem Lady Knox, wybuchającym codziennie ok. 10:00 rano. Strumień wody sięga tutaj wierzchołków drzew dzięki metalowej rurze, wpuszczonej w ziemię oraz... płatkom mydlanym. Dosypywane codziennie do gejzera powodują, że jego pióropusz strzela wyjątkowo wysoko.
Wai-O-Tapu to niezwykle kolorowy krajobraz, będący wynikiem działalności wulkanicznej, jak zwykle na NZ świetnie przygotowany dla turystów. Znajduje się tutaj 3-kilometrowa ścieżka z licznymi mostami, kładkami i punktami obserwacyjnymi, wiodąca wśród buszu, pomiędzy gorącymi źródłami, bulgoczącymi błotami, wodospadami i gejzerami. Na terenie parku znajdują się liczne kratery, wypełnionymi jeziorami o intensywnie niebieskim kolorze, zmieniającymi zabarwienie przy brzegu na jaskrawo pomarańczowe. Na ich niesamowity kolor wpływa duża zawartość soli mineralnych, a także złota, srebra i arszeniku. Najpiękniejszym zbiornikiem wodnym na terenie parku, prawdziwym cudem jest Champagne Pool. Poniżej zbiornika znajdują się niewielkie tarasy, jedyne, jakie można tu oglądać po zniszczeniu słynnych Różowych i Białych Tarasów, które onegdaj wznosiły się nad brzegami jezior Tarawera i Rotomahana. Były to przepiękne kamionkowe twory, przypominające warstwy gigantycznego tortu, które od 1800 roku były odwiedzane przez turystów ze względu na lecznicze właściwości wód geotermalnych. Już wtedy nazywano je „ósmym cudem świata”. Powstały w wyniku działalności dwóch gejzerów, leżących w pobliżu Jeziora Rotomahana. Woda, która się z nich wydostawała, spływała kaskadami w dół wzgórza, tworząc kolorowe baseny. Różnica w zabarwieniu wynikała z koloru naniesionych przez wodę osadów. Białe Tarasy zajmowały powierzchnię niemal trzech hektarów, a różnica poziomów wynosiła około 30 metrów. Niestety woda tutaj była bardzo gorąca, co nie zachęcało do kąpieli, w przeciwieństwie do Różowych Tarasów, gdzie temperatura była o kilka stopni niższa.

Różowe Tarasy, 1884 (źródło - Wikipedia)

  BiałeTarasy, 1884 (źródło - Wikipedia)

Niestety, to bajkowe miejsce nie dotrwało do naszych czasów - zniknęło wczesnym rankiem 10 czerwca 1886 roku, w czasie erupcji wulkanu Tarawera. W wyniku tej eksplozji jezioro zamieniło się w fontannę błota i pary wodnej. Świadkowie wydarzenia twierdzili, że ściana ognia i dymu miała 6 km długości. Eksplozja zniszczyła nie tylko słynne Tarasy, ale również trzy okoliczne wsie. Jedną z nich odkopano i stała się atrakcją turystyczną, jak Pompeje – to słynna Buried Village.

Z ową tragiczną w skutkach erupcją Tarawera związana jest maoryska legenda. Wulkan ten był dla Maorysów świętym miejscem, tapu, gdzie prawo wstępu mieli tylko wyznaczeni strażnicy gór. Maorysi jednak złamali zakaz, kiedy pojawili się tutaj pierwsi Europejczycy. Zapragnęli oni zdobyć górę a Maorysi, zamiast im zabronić, sami ich zaprowadzili na szczyt.
Miejsce z czasem stało się sławne, przybywało coraz więcej i więcej turystów, zbudowano więc u stóp góry hotel. Maorysi, pracując jako przewodnicy, tak się wzbogacili, że oczy rzeźb przodków, wykonywane zazwyczaj z muszli paua, zaczęli robić ze złota. Wszyscy zapomnieli o tabu świętej góry poza jednym, jedynym człowiekiem – starcem, który ostrzegał, że chciwość ludzi sprowadzi na wioskę wielkie nieszczęście. Nikt go jednak nie posłuchał a interesy kwitły w najlepsze. Jednak bogowie postanowili ukarać ludzi – pewnej nocy strumień ognistych kul, wysoki na kilometr, wystrzelił z wulkanu, a lawa zaczęła zalewać zbocza Tarawery. Trzydzieści osób wprawdzie przeżyło, ale hotel został zniszczony doszczętnie. Czy ludzie się czegoś nauczyli? Niestety nie, chciwość ludzka spowodowała, że po tragedii odbudowano hotel, obok niego jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać kolejne a turyści dalej masowo wspinają się na świętą górę. Czy nie obudzi to ponownie gniewu bogów? Któż to wie...

Wybuch wulkanu powiększył jezioro Tarawera oraz utworzył dolinę Waimangu Volcanic Valley. Obejmuje ona ciągnącą się na 6 km i głęboką na 250 m przepaść oraz okoliczne tereny powulkaniczne, obecnie prawie całkowicie porośnięte sosnami i paprociami drzewiastymi. Jest to najmłodszy obszar geotermalny w tym rejonie. Obejmuje między innymi piękne jeziora, powstałe w kraterach, uformowanych po wybuchu wulkanu. Jednym z nich jest Inferno Crater Lake, którego temperatura dochodzi do 80 stopni Celsjusza, kolejne warte uwagi to Frying Pan Lake - największe gorące jezioro na świecie. W jednym z powstałych po erupcji kraterów utworzyły się Baseny Emeralda – niewielkie zbiorniki wodne o niesamowitym zielonym kolorze.

Na wschód od Rotorua znajduje się wulkan Tikitere z tzw. „Diabelskimi Wrotami”, czyli wodospadem zasilanym wodą z gorących jezior, leżących powyżej. Przez wiele lat było to miejsce święte plemienia Ngati Rangiteaorere a do dzisiejszego dnia jest to jedyny park termalny ciągle należący do Maorysów. Zajmuje on powierzchnię 50 akrów – mamy tutaj gorące źródła, bajorka pełne wrzącego błota, piękne wodospady. Najciekawsze miejsce to The Black Pool o temperaturze 93 stopni Celsjusza, w którym można ugotować warzywa:-) Popularnością cieszy się The Wai Ora and Hels Gate Spas, gdzie można wziąć kąpiel błotną czy wykąpać się w gorących jeziorkach.

Atrakcji w okolicy jest na dobre kilka dni – zwiedzania i zabawy. My mamy tylko jeden dzień, wybieramy więc najciekawsze no i oczywiście te, które sprawiają przyjemność przy takiej pogodzie. A deszczyk pada i pada i pada… Cholera – chciałoby się powiedzieć. Chyba muszę się tu przeprowadzić na jakiś czas, żeby wszystko spokojnie zobaczyć.

Wszystkie filmy wykorzystane w tym poście autorstwa M.

wtorek, 26 stycznia 2010

Na dobry dzień

Na dobry dzień mój ulubiony pracownik drogowy. Uwielbiam sposób ubierania się Nowozelandczyków - górna część ciała przyodziana jak przystało w zimie - czapka, ciepła kurtka, rękawice a na dole krótkie spodenki i adidasy. Szał ciał i uprzęży:-)


Galotki sfotografowane w drodze do Waitomo.

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Nau mai, haere mai – Witamy w Jaskiniach Waitomo

Opuszczamy rejon Tongariro National Park i kierujemy się ku północnemu zachodowi do miejscowości zwanej Waitomo. Znajdują się tutaj słynne jaskinie, zamieszkiwane przez jedne z najciekawszych nowozelandzkich stworzeń – glow worms, które - kiedy świecą - przypominają nasze świetliki, natomiast w dziennym świetle dużego rozmiaru moskity. Są to larwy owada arachnocampa luminosa, żyjące w ciemnych, wilgotnych miejscach.
Z czterech postaci owada – jaja, larwy, poczwarki i postaci dojrzałej odżywia się tylko larwa i to na niej spoczywa zadanie zgromadzenia energii potrzebnej do przeżycia w każdym kolejnym stadium rozwoju. Zadanie niełatwe, musi więc sięgnąć po bardziej wyrafinowane metody zdobywania pożywienia, które zagwarantują jej sukces :-) Jej działanie przypomina do złudzenia pająka. Najpierw z jedwabiu i śluzu tka gniazdo, które podwiesza u sklepienia jaskini. Następnie wypuszcza z niego około 70 jedwabnych nitek o długości do 50 cm, pokrytych kropelkami lepkiego śluzu, które stanowią pułapkę dla innych owadów (widać to wyraźnie na filmie poniżej). Kiedy coś trafia w sieć, larwa podciąga nitkę ze zdobyczą do góry. Żywi się stonogami, ćmami, muchami i komarami, ale kiedy bardzo zgłodnieje, nie pogardzi nawet przedstawicielami własnego gatunku.
Aby zwiększyć szanse na zdobycie pokarmu i przyciągnąć uwagę potencjalnej ofiary, larwa emituje niebiesko-zielone światło. Im bardziej jest głodna, tym jaśniej świeci. Kiedy po 6 – 9 miesiącach w końcu przepoczwarza się, również używa światła, ale w innym celu – to samiczki starają się jak najszybciej przyciągnąć potencjalnego partnera. Mają zaledwie kilka dni na przedłużenie gatunku, zanim umrą. Składają około 100 maciupkich jajeczek, z których po 20 dniach wylęgają się nowe larwy i cały cykl zaczyna się od nowa.



Można je spotkać na obu wyspach - na Południowej w Te Anau (Te-Anau-Eu Glow Worms Caves) oraz niedaleko Greymouth (Taniwha Cave). Na Wyspie Północnej występują niedaleko Wellington (Ruakokoputuna Glow-worm Caves) oraz w samym mieście w ogrodzie botanicznym. Nie można pominąć oczywiście słynnego Kawiti Caves (Waiomio Caves) na północ od Auckland oraz celu naszej podróży – Waitomo, gdzie odkryto do tej pory około 300 jaskiń. Największe to Waitomo Glowworm Caves z podziemnymi korytarzami, obszernymi grotami z fantastycznymi formami naciekowymi o niesamowitych kształtach, jeziorkami i wodospadami. Ukształtowane ponad 30 milionów lat temu, Waitomo Glowworms Caves mają dwa poziomy – wyższy, suchy, gdzie znajduje się wejście oraz formacje znane jako Katakumby, Sala Bankietowa i Organy. Na niższym poziomie płynie strumień i znajduje się ogromna Sala Katedralna o wysokości 18 metrów, słynąca ze swej niepowtarzalnej akustyki. Wielu znanych piosenkarzy i chórów dawało tu koncerty, zachwycając się wspaniałym brzmieniem. Jednym z cudów Waitomo jest The Tomo – 16-metrowy, wyrzeźbiony w piaskowcu szyb, wyżłobiony przez płynący tu kiedyś ogromny wodospad. W dzisiejszych czasach woda pojawia tutaj tylko w trakcie bardzo silnych opadów. Ściany szybu są podświetlone, dzięki czemu można zobaczyć kolorowe warstwy piaskowca.

Jaskinie Waitomo znane były Maorysom od wieków, jednak spenetrowane zostały dopiero w 1887 roku przez lokalnego wodza Tane Tinorau, któremu towarzyszył brytyjski podróżnik Fred Mace. Zaopatrzeni w pochodnie popłynęli tratwą z biegiem rzeki w głąb wzgórza, dostając się do obszernej jaskini. Kiedy ich oczy przywykły do ciemności, zauważyli błękitne refleksy na wodach rzeki. Spojrzeli w górę i ku swojemu zdumieniu ujrzeli nad głowami miliardy błękitno-zielonych światełek, pokrywające ściany i sufity jaskiń oraz korytarzy.
Odkrywcy wracali tutaj jeszcze kilkukrotnie, dokładnie badając jaskinie i korytarze. W 1889 roku wódz udostępnił je za niewielką opłatą zwiedzającym, których oprowadzał on sam lub jego żona Huti. W 1906 roku administrowanie terenem przejął rząd i dopiero niemal 100 lat później, w 1989 roku, wrócił on do pierwotnych właścicieli. Dzisiejsi pracownicy Waitomo Caves to w większości potomkowie wodza Tane Tinorau i jego żony.



Waitomo Glowworms Caves na pewno są najbardziej warte uwagi ale jeśli ktoś może zatrzymać się chwilę dłużej w okolicy, warto odwiedzić również inne jaskinie. Trzy kilometry dalej znajduje się Aranui Cave. Niestety jaskinia jest sucha, nie ma więc glow worms, ale warta zwiedzenia ze względu na fantastyczne formacje skalne.



Natomiast miłośnikom silnych emocji polecam Legendary Black Water Rafting - spływ podziemną rzeką, przepływającą przez Jaskinię Ruakuri (niedaleko Aranui; o spływ należy pytać w Long Black Cafe, stanowiącej bazę wypadową). Niezapomnianych wrażeń dostarcza spływ niewielkim wodospadem w dół a potem długa przejażdżka rozświetlonym światełkami glow worms pasażem.
Oczywiście warto też odwiedzić słynny The Lost World. Brakuje słów, aby opisać to niesamowite miejsce, więc sami zobaczcie (niestety nie udało mi się znaleźć filmu o innej rozdzielczości)...



 ... i  tutaj (po krótkich reklamach :-)

Docieramy na miejsce akurat na czas, żeby zdążyć wejść do środka z ostatnią tego dnia grupą. Jest nas  tylko kilka osób, jakieś starsze małżeństwo Brytyjczyków, para młodych Hiszpanów i trzy hoże niemieckie dziewoje o donośnym śmiechu. Po kilku minutach oczekiwania, które spędziliśmy na bezowocnej wyprawie do sklepiku z pamiątkami po album ze zdjęciami glow worms – sklepik był już zamknięty – dołącza do nas przewodniczka. Ruszamy.
Wejście znajduje się 18 metrów nad miejscem, gdzie rzeka Waitomo znika w głębi wzgórza. Na początek wąskie, mokre schody, prowadzące w dół, podświetlone niewielkimi lampkami. Zadzieram głowę w górę – na razie jest zbyt jasno i nie widzę żadnych przedstawicieli gatunku arachnocampa luminos :-) Kiedy schodzimy coraz niżej i niżej, wypatruję bezskutecznie niebieskich światełek. Nagle schody się kończą a my znajdujemy się we wspaniałej Jaskini Katedralnej. Jest ogromna, wysoka i naprawdę piękna. Gdzieś hen w górze dostrzegam w końcu pojedyncze niebieskie punkciki, jednak ich największe skupiska znajdują się w najbardziej wilgotnych częściach systemu jaskiń, muszę więc jeszcze trochę poczekać. Zatrzymujemy się na chwilę, a potem wędrujemy dalej korytarzami, podziwiając fantastyczne formacje skalne, by na koniec trafić na brzeg podziemnej rzeki. Wsiadamy do łodzi a pilotka prosi, aby zachować absolutną ciszę i pod żadnym pozorem nie robić zdjęć. Jest zupełnie ciemno. Płyniemy korytarzami a nad nami wznosi się sklepienie rozgwieżdżone miliardami niebiesko-zielonych robaczków. Delikatnie pulsujące światło rzuca słabe refleksy na ciemne wody rzeki. Jest przepiękne. Brak słów.
Po kilkunastu minutach w zupełnych ciemnościach i ciszy (przerwanej jedynie na chwilę niepohamowanym atakiem śmiechu niemieckich dziewoj), w głębi jaskiń pojawia się słabe światło. Płyniemy w jego kierunku. To już koniec naszej wycieczki, opuszczamy łódkę i przez paprociowy las wracamy na parking.


Waitomo River





Postanawiamy zjeść kolację w najbliższej spotkanej knajpce. Cały dzień nie zatrzymywaliśmy się, podjadając tylko ciacha i kabanosy w samochodzie, nie chcąc się spóźnić do Waitomo. Wyjeżdżamy z parkingu i kilkaset metrów dalej natrafiamy na obszerny lokal. W środku tłum mężczyzn – wszyscy w kraciastych koszulach, poplamionych jeansach, wyglądają jak druga zmiana drwali, która właśnie skończyła pracę. Brakuje tylko siekier ustawionych karnie w rządku pod ścianą. Bez skrępowania przyglądają się nam przez kilka minut w zupełny milczeniu a potem wracają do swoich rozmów. Czuję się, jakbym zdała jakiś ważny test. Uff.
Zamawiamy nasze ulubione fish&chips. Kiedy talerze lądują w końcu na stole, patrzymy na siebie z przerażeniem – przecież to obiad nie dla dwóch, a dla czterech osób. Porcje są... gigantyczne? Chyba to określenie będzie najwłaściwsze.
Ryba jest pyszna. Frytki rewelacyjne. Sałatka świeża i chrupiąca. Raj.
Po chwili drzwi się otwierają i do środka wchodzi nieduża, siwa pani w pelerynie i kaloszach – przecież to nasza przewodniczka z jaskiń. Wita się wylewnie ze wszystkimi po kolei, jej drobna dłoń znika w wielkich łapach drwali. Zamawia ogromny kufel piwa, który jeszcze trochę i będzie większy od niej samej i dołącza do jednej z grup kraciastych. Myślę sobie, że fajnie byłoby tutaj trochę pomieszkać, pracując w ciągu dnia a wieczorami popijać pyszne zimne piwo w otoczeniu drwali... ech...
Niestety, musimy ruszać, chociaż rozleniwieni smacznym jedzeniem nie bardzo mamy na to ochotę. Przed nami jeszcze trochę kilometrów do pokonania, zamierzamy na noc dotrzeć do Rotorua.
Słońce chyli się ku zachodowi, łąki skąpane są w ciepłym wieczornym świetle. Jedziemy łagodnie wijącą się drogą, wśród pól i niewielkich zagajników.





Region, w którym się znajdujemy, nazywa się Kings Country. Nazwa ma związek z dwoma słynnymi maoryskimi władcami – Potatau Te Wherowhero, który w 1858 roku został ustanowiony pierwszym maoryskim królem i jego synem Matutarea Te Wherowhero (znany również jako Król Tawhiao), który przejął władzę po śmierci ojca w 1860 roku. Tawhiao przewodził Maorysom z Waikato w trakcie jednej z kampanii wojennych, zaliczanych to tzw. wojen maoryskich (The Land Wars) – serii konfliktów, które miały miejsce w latach 1845 - 1872.

W 1840 roku Maorysi oraz przedstawiciele Wielkiej Brytanii podpisali tzw. Traktat Waitangi, który miał zagwarantować każdemu plemieniu prawa do posiadania i eksploatowania zamieszkiwanych przez nich terenów, natomiast prawo pierwokupu ich ziem przypadać miało Koronie. Niestety władze kolonialne, idąc na rękę osadnikom, zaczęły ignorować postanowienia traktatu i zezwalać na osadnictwo na terenach, co do których rzekomo nie mieli pewności, kto jest właścicielem. Nieprawne działania Brytyjczyków doprowadziły do wybuchu konfliktu z rdzenną ludnością wysp. Pierwsze starcia miały miejsce w roku 1843 podczas incydentu na Równinie Wairau na północnym krańcu Wyspy Południowej, potem nastąpiła kampania w Dolinie Hutt i kampania Wanganui na Wyspie Północnej. Maorysi okazali się doskonałymi wojownikami i Brytyjczycy, którzy spodziewali się łatwego ustępstwa, musieli ustąpić. W latach 1848 – 1860 zapanował względny spokój, ale wojny niestety nie zatrzymały rozwoju osadnictwa na wyspach. Napływało coraz więcej i więcej nowych przybyszów, którzy żądali coraz więcej i więcej ziemi. Nielegalne zakupy, często nawet kwestionowane przez ich własne sądy, powtarzały się coraz częściej. Brytyjczycy w obawie przed wybuchem następnego konfliktu i kolejną porażką, postanowili ściągnąć na pomoc wojska z Australii. Rezultatem tych poczynań był wybuch pierwszej wojny o Taranaki, która znowu nie dała kolonistom jednoznacznego zwycięstwa. Po roku zmagań zaczęto negocjować warunki pokojowe.
Jednak brytyjscy osadnicy ciągle nie mogli pogodzić się z tym, że to Maorysi władają większością Wyspy Północnej i w 1863 roku wybuchła następna wojna, rozpoczęta inwazją w Waikato. Była to druga wojna o Taranaki, trwająca kolejny rok.
Okresy względnego spokoju i walk przeplatały się aż do początku lat 70. Ostatnimi poważnymi starciami były tzw. wojna Te Kooti i wojna Titokowaru, które zakończyły właściwie spór terytorialny. W oparciu o dokument zwany New Zealand Settlements Act z 1863 roku władze odebrały Maorysom ogromne połacie ziemi, rzekomo w odwecie za wybuch powstania. Jednak w rzeczywistości ziemię konfiskowano wszystkim plemionom - i tym, które brały udział w buncie i tym, które do końca pozostały lojalne wobec Korony. W sumie skonfiskowano 16.000 km2 gruntów, które w czasach dzisiejszych częściowo zostały zwrócone rdzennym mieszkańcom. Rząd brytyjski po latach uznał, że działania wojenne i konfiskaty stanowiły naruszenie postanowień traktatu Waitangi oraz przeprosił najbardziej pokrzywdzone plemiona z Waikato oraz okolic Bay of Plenty.
Podpisanie Traktatu Waitangi uznawane jest przez historyków za moment powstania państwa nowozelandzkiego. Na pamiątkę tamtego wydarzenia co roku 6 lutego obchodzone jest święto narodowe „Waitangi Day”.
Smutna historia, jak wszystkie historie kolonialne.

A tymczasem zapada zmrok. Kiedy w powietrzu czujemy intensywny zapach siarki, wiemy, że jesteśmy w Rotorua:-) Wjeżdżamy na podjazd pierwszego z brzegu motelu. Cena wydaje nam się całkiem przystępna, decydujemy się więc zostać. Pan z recepcji, który okazuje się być właścicielem, koniecznie chce nam pokazać teren. Mamy tutaj kryty, podgrzewany basen (!), restaurację, salę klubową z bilardem. Pokoje znajdują się w niewielkich, piętrowych domkach. Kiedy otwiera nam drzwi i zapala światło, naszym oczom ukazuje się sporych rozmiarów wygodny pokój z aneksem kuchennym i łazienką obok. Myślałam, że to wszystko, ale właściciel prowadzi nas na piętro do ogromnej sypialni. Jednak to nie koniec niespodzianek – na półpiętrze, za drzwiami znajduje się obudowany taras... z jaccuzi. Tylko dla nas! Otwieram usta ze zdumienia – taaaaaki apartament za takie pieniądze? Chyba śnię!
Właścicielowi nasz zachwyt chyba sprawił przyjemność, z uśmiechem zaprasza nas na kolację, ale po rybach – gigantach w Waitomo raczej nie skorzystamy. Za to z jaccuzi i naszego zapasu nowozelandzkiego wina na pewno:-) Dobranoc:-)

niedziela, 10 stycznia 2010

26 września ciągu dalszego ciąg dalszy

Niewiele obrazów w życiu tak bardzo zapadło w moją pamięć, jak widok wulkanów w Parku Narodowym Tongariro. Początkowo nic nie zapowiada ich obecności. To nie Tatry, gdzie najwyższe pasma górskie poprzedzają mniejsze wzniesienia, przygotowując nas na ogrom najwyższych skał. Nie ma podgórza, mniejszych szczytów, zapowiedzi tak potężnych wierzchołków, jest za to pofalowany łagodnie płaskowyż, idylliczny krajobraz łąk ze spokojnie pasącymi się stadami bydła. Dookoła są tylko liczne, niewielkie wzniesienia, pokryte puchatym dywanem z trawy. Jest aksamitnie zielony i porasta łańcuchy niewysokich wzgórz, ciągnących się aż po horyzont.





Potem po naszej prawej stronie z tego oceanu zieleni wyłania się powoli zamglony wierzchołek. Początkowo niepozorny, nie zapowiada giganta, którego ujrzymy za kilka chwil. Przejeżdżamy kilka kilometrów zaledwie i nagle przed nami wyrasta potężny wulkan, którego widok zapiera dech w piersiach. Dziwnie wygląda, strzelisty ogrom, wznoszący się ponad łagodnymi, falistymi wzniesieniami. Stajemy na poboczu. Jestem urzeczona.




















 
Maorysi wierzyli, że duża aktywność wulkaniczna w tym rejonie jest dziełem tohungi Ngatoro-i-rangi – człowieka obdarzonego niezwykłą mocą, który dotarł tu ze swoimi towarzyszami aż z Polinezji. Kiedy dostrzegł on pokryty śniegiem szczyt, postanowił się na niego wspiąć. W wędrówce towarzyszyć mu miała jedynie niewolnica o imieniu Auruhoe, natomiast pozostałym członkom wyprawy nakazał, by czekając na niego, czuwali i zachowali post. Jednak jego towarzysze nie posłuchali go. Rozgniewani ich nieposłuszeństwem bogowie zesłali na górę ogromną śnieżycę. Zrozpaczony Ngatoro zaczął błagać bogów o ocalenie, którzy – litując się nad nim – zesłali ogień, który go uratował. Jednak dla Auruhoe było za późno na ratunek. Zamarzła, oczekując wybawienia a Ngatoro wrzucił jej ciało do krateru, który po dziś dzień nosi jej imię.

Wulkany Tongariro, Ngauruhoe i Ruapehu od wieków uważane były przez Maorysów za święte, na ich zboczach grzebali swoich zmarłych. Jednak od momentu pojawienia się tutaj białych przybyszów w pierwszej połowie XIX wieku, miejsce to było przez nich regularnie bezczeszczone. Zaczęło się w 1839 roku kiedy, pomimo próśb Maorysów angielski botanik John Carne Bidwill zdobył szczyt Ngauruhoe. Potem tłumaczył się rozgniewanemu maoryskiemu wodzowi, że jego – jako Europejczyka – tabu świętej góry nie dotyczy. Z czasem coraz więcej przybyszów  powtarzało wyczyn Bidwilla. Tubylcy wprawdzie usiłowali powstrzymać ich przed wspinaniem się na zbocza wulkanów, jednak bezskutecznie. Dlatego w 1887 roku wódz Te Heuheu Tukino przekazał te tereny rządowi, który utworzył tutaj pierwszy w kraju park narodowy – Tongariro National Park, którego nazwa wywodzi się od maoryskich słów tonga (ogień) i riro (wyniesiony). UNESCO wpisało park na Listę Światowego Dziedzictwa, zarówno ze względu na jego walory przyrodnicze, jak i wartości kulturowe. Jego surowe piękno i niepowtarzalny charakter sprawiają, że jest to jeden z najpopularniejszych parków narodowych w kraju. Zimą stoki Mount Ruapehu oblegają miłośnicy narciarstwa (dodatkowego dreszczyku emocji dodaje świadomość szusowania po stokach wulkanu w każdej chwili gotowego do wybuchu), latem warto wybrać się na wędrówkę jednym ze szlaków. A miłośnicy Władcy Pierścieni powinni przyjechać tutaj, żeby zobaczyć filmowy Mt Doom, gdzie został zniszczony Pierścień (znawcy tematu twierdzą, że jest to Mount Ngauruhoe). Dyrekcja Parku zgodziła się na obecność ekipy filmowej Petera Jacksona, pod warunkiem absolutnego poszanowania przyrody. W trakcie zdjęć obowiązywał między innymi zakaz używania helikopterów i... koni:-)

Cisza i spokój, jakie nas otaczają, kiedy stoimy u stóp wulkanu, są pozorne, bowiem góry drzemią tylko, w każdej chwili gotowe do spektakularnego wybuchu. Najbardziej czynnym i zarazem najwyższym z trzech kolosów (2.797 m.) jest Mount Ruapehu. Wybuchał wielokrotnie - w roku 1969 i 1975, kiedy to jego zbocza zostały zalane lawą, w grudniu 1988, kiedy wulkan nagle zaczął wyrzucać rozżarzone fragmenty skał, aż do najbardziej spektakularnej erupcji, która miała miejsce w 1995 roku. Wtedy to bomby wulkaniczne i popiół zasypały okolicę a potem jeszcze przez cały rok góra syczała i wydawała groźne pomruki. W latach 1996 - 2006 doszło do kilku mniejszych erupcji, aż w końcu w marcu i wrześniu 2007 roku Ruapehu eksplodował bez ostrzeżenia.

Ngauruhoe, ogrom o wysokości 2.287 m., jest najmłodszym z tutejszych wulkanów. Podczas gdy aktywność dwóch pozostałych szacuje się na jakieś 2 miliony lat, ten ma ich zaledwie 2.500. Młodzieniaszek, chciałoby się powiedzieć. Jest to klasyczny wulkan, stromy stożek zwieńczony kraterem o średnicy 400 metrów, bezustannie aktywny. Nad jego rozżarzonym szczytem bez przerwy unosi się biały pióropusz pary i gazów. Co kilka lat następuje erupcja, w trakcie której popiół pokrywa całą okolicę. Nieco rzadziej daje o sobie znać w bardziej widowiskowy sposób, wyrzucając ze swojego wnętrza strumienie lawy, jak to miało miejsce w 1954 roku. Każda erupcja zmienia wygląd krateru, w obrębie którego powstają ciągle to nowe stożki.

Najniższy z trzech kolosów - Tongariro, o wysokości zaledwie 1.967 metrów, ostatni raz dał o sobie znać w 1926 roku. Jego zbocza to prawdziwy labirynt kraterów i niewielkich stożków, pomiędzy którymi znajduje się niezwykłe miejsce, zwane Ketetahi. Trafić tu można bez mapy, kierując się jedynie z daleka wyczuwalnym, charakterystycznym zapachem siarki, której opary wydobywają się z podziemnych szybów wśród syków i huku. Są tu jeziorka wrzącego błota i gejzery strzelające wysoko w niebo gorącą wodą. Do największych atrakcji okolicy należy kilka pięknych jezior o spokojnych taflach, odbijających poszarpane szczyty oraz liczne gorące źródła.

Miłośnicy pieszych wędrówek powinni wybrać się  Tongariro Crossing, najpopularniejszym pieszym szlakiem na NZ. Prowadzi on przez przełęcz pomiędzy górami Ngauruhoe i Tongariro, w wulkanicznej scenerii kraterów, jęzorów zastygłej lawy, wypełnionych oparami polodowcowych dolin, szmaragdowych jeziorek, z których najpiękniejsze to Emerald i Blue oraz bujnych lasów porastających zbocza gór. Warto zatrzymać się nad zimnym Soda Springs oraz Ohinepano Springs. Pokonanie szlaku zajmuje ok. 8 godz.

Dla miłośników dłuższych wędrówek przygotowano Northen Circut, trasę wiodącą dookoła góry Ngauruhoe. Zaczyna się ona na parkingu w Mangatepopo i kończy w Dolinie Whakapapa. Przejście całego zajmuje 3 do 4 dni, chociaż można przebyć tylko jego część, dołączając do trasy w dowolnym miejscu. W trakcie można zrobić kilka dodatkowych wycieczek, od trwających kilka godzin do całodziennych. Najbardziej popularną jest wyprawa na szczyt Ngauruhoe (trzy godziny), możliwa jest również wspinaczka na Tongariro z Czerwonego Krateru (dwie godziny) albo wędrówka do Ohinepano Springs z Chaty Waihohonu (30 minut).

Najbezpieczniejszym okresem na wędrówkę są letnie miesiące - między grudniem a marcem. Jest tu kilka chat, zaopatrzonych w prycze z materacami, gazowe kuchenki i wodę. W sezonie, który zaczyna się tutaj w październiku a kończy wraz z początkiem czerwca, konieczne jest wcześniejsze wykupienie pozwolenia na wędrówkę po szlaku. Szlak dostępny jest zimą ale wymaga dobrego przygotowania i specjalistycznego sprzętu.

Kto ma jednak ochotę na mocne wrażenia i kusi go wspinaczka na najwyższy z wulkanów, musi pamiętać, że ten szlak jest nie najlepiej oznakowany. Mogą się tam wybrać tylko osoby doświadczone i to wyłącznie pod opieką znającego teren przewodnika. Pogoda tutaj zmienia się bardzo szybko, a szczyt nieraz w ciągu kilku minut okrywają chmury. Wędrówka tam i z powrotem zajmuje do sześciu godzin i jest bardzo męcząca, dlatego mniej zaprawieni turyści mogą skorzystać z wyciągu. Widok z najwyższej stacji jest naprawdę imponujący i nie ustępuje swą wspaniałością widokom ze szlaku.

Główne wejście do parku narodowego prowadzi przez małą osadę Whakapapa, wartą odwiedzenia przede wszystkim ze względu na świetne wystawy, dotyczące geologii i historii regionu, prowadzone przez Departament Ochrony, administrujący wszystkimi chronionymi obszarami w kraju. Placówka udziela również informacji o szlakach i prognozie pogody. Przy wejściu stoi popiersie wodza Horonuku Te Heuheu Tukino. Tuż obok biura informacji turystycznej pamiątkowy obelisk przypomina o tym, jak ważny dla Maorysów jest ten obszar.

Czy wyobrażacie sobie jezioro o wielkości 616 km2? Ogromne, prawda? Jak morze, tylko tyle, że położone jest w głębi kraju. To jezioro Taupo, największy słodkowodny zbiornik Oceanii. Co ciekawe, leży w kalderze superwulkanu, którego ostatnia erupcja miała podobno miejsce ponad 2 tysiące lat temu. Chmura popiołu wyrzucona przez wulkan przesłoniła niebo na obszarze dziesiątków kilometrów i widoczna była podobna aż w Chinach i... Europie. Być może właśnie dlatego Maorysi nazywają jezioro miejscem „gdzie panuje noc”.
Taupo ma niezwykle czyste wody, przepływa przez nie najdłuższa rzeka NZ – Waikato, natomiast aż 47 rzek kończy tutaj swój bieg. Krajobraz jest bardzo malowniczy, woda zachęca do uprawiania najróżniejszych sportów wodnych, ale nie jest to jedyna atrakcja, ściągająca tutaj rokrocznie ponad milion turystów. Zaledwie 5 minut od północnego brzegu jeziora znajduje się Wairakei Park i słynne Wodospady Hulka - 220.000 litrów wody spadające z ogłuszającym hukiem ze skał dostarcza niezapomnianych wrażeń. W tym samym parku znajdują się również słynne Księżycowe Kratery – geotermalny obszar gejzerów, jeziorek wrzącej wody i kraterów.

My niestety jeziora już nie zobaczymy. Oglądamy wulkany a Taupo Lake i wszystkie atrakcje usytuowane na północ i wschód od nich na następny raz i pędzimy na północny zachód, do Waitomo Caves, na spotkanie z glow worms – jedną z największych atrakcji tego niesamowitego kraju...