niedziela, 22 listopada 2009

24 września 2008

W pogodny, słoneczny dzień, jaki mamy dzisiaj, zachodnie wybrzeże jawi się jako magiczna kraina ośnieżonych szczytów, błyszczących jezior i bujnych lasów deszczowych. Wprawdzie u stromych zboczy gór kłębią się chmury, ale znikają w zderzeniu ze skałami.




Fox o poranku

Gdzieś tam jednak czai się deszcz, ponieważ w recepcji motelu informują nas o zawieszeniu wszystkich lotów nad lodowce – pomimo oślepiającego słońca zapowiadana jest silna ulewa i nikt nie chce ryzykować. Trudno. W końcu i tak zamierzamy tu jeszcze kiedyś wrócić. Będziemy więc oglądać lodowce z ziemi.

Kierując się znakami, wjeżdżamy w gęsty las, pełen olbrzymich paproci. Dojazd na parking przy lodowcu Fox zajmuje nam dziesięć minut, dalszą część drogi odbywa się pieszo. Ze względu na wczesną porę jest niemal pusto. Idziemy wolno głęboką doliną, położoną wśród wysokich skał. Po naszej prawej stronie wartko płynie szeroki strumień. Słońce ciągle jeszcze jest nisko nad horyzontem i dolinę zalega głęboki cień, powodując, że powietrze jest ciągle mroźne. Panuje idealna cisza, słychać tylko szum wody i z rzadka krzyk jakiegoś ptaka. Maszerujemy już dobre 20 minut, kiedy drogę zagradza nam rwący i pieniący się na licznych głazach potok, który trzeba przebyć skacząc po śliskich kamieniach. Skały są mokre i – niektóre – oblodzone a woda lodowato zimna. M. skacze z kamienia na kamień, ale nie jest to specjalnie bezpieczne – kilka razy zachwiał się niebezpiecznie, raz osunęła mu się noga, więc rezygnuję z przeprawy. Nie mam ochoty na zimną kąpiel. Zostaję więc po mojej stronie potoku, do lodowca na szczęście jest już bardzo blisko, więc stąd mogę go obejrzeć w całej okazałości. Potężny jęzor spływa ze zbocza góry – wydawałoby się – z samego, tonącego w chmurach, wierzchołka. Lód kończy się bezpośrednio nad rzeką a w jego pokrywie zieje jama, do której można wejść.


 









Lodowiec Fox

Powoli wracamy do auta. Mijają nas grupki rozbawionych turystów. O tej porze podjeżdżają już całe autokary, chociaż to jeszcze nie sezon. Słyszymy głównie język niemiecki i – podobnie jak w Polsce – są to przede wszystkim osoby starsze. Szlak powoli się zaludnia a my mamy nadzieję wyprzedzić cały ten tłum w drodze do lodowca Franz Josef. Tutaj czeka nas dłuższy, bo prawie godzinny spacer. Okolica robi na nas ogromne wrażenie – wędrujemy paprociowym lasem, mijając niewielkie piękne jeziorka. Ze skał z szumem spada woda, jest mnóstwo pięknych ptaków, których nazw niestety nie znamy.



















 Halucynogenne:-) ?

Na końcu szlaku czeka nas niespodzianka - przeprawa mostem zawieszonym nad rzeką o dziwnej barwie pustynnego piachu. Z mostu roztacza się niesamowity widok na całą dolinę. Niestety, akurat w momencie, kiedy wyciągamy aparaty, zaczyna kropić drobny deszcz. Kiedy o poranku recepcjonista nas przed nim ostrzegał, nie chciało nam się wierzyć, że może padać. Słońce było tak oślepiające a niebo niemal zupełnie bezchmurne, że nieprawdopodobnym się wydawało, żeby spadła choć kropla. Jednak o tej porze roku i na tej szerokości geograficznej pogoda bywa kapryśna. Nie wiedzieć kiedy ciężkie chmury przesłoniły niebo szaro-żółtą, nisko zalegającą czapą. Dzień poszarzał w ciągu kilku minut, jakie zajęła nam ostrożna przeprawa z jednego brzegu tej dziwnej żółtej rzeki na drugi.





Przejście na drugą stronę przyprawia mnie o szybsze bicie serca – most huśta się pod naszym ciężarem na wszystkie strony a deski są przegniłe. Niektórych w ogóle brak, widać przez nie kotłującą się na skałach wodę. Idę powoli, ostrożnie stawiając stopy. Kiedy jeden ze szczebelków łamie się z trzaskiem, zamieram. Ale pozostałe trzymają mocno, więc podejmuję wędrówkę. Po kilku pełnych napięcia minutach docieram do drugiego brzegu. Uff, nareszcie! Teraz czeka nas jeszcze tylko krótka trasa wiodąca przez las i to już koniec szlaku. Zawracamy. I znowu, jak przy poprzednim lodowcu, mijają nas tłumy wycieczkowiczów. Są całe rodziny z niemowlętami w nosidełkach, wytrawni turyści zaopatrzeni w wygodne buty i plecaki oraz wyfiokowane paniusie na szpilkach. Bardzo chciałabym dowiedzieć się, jakiej są narodowości bo wyglądają w jakiś sposób znajomo i odnoszę dziwnie wrażenie, że pochodzić mogą zza naszej wschodniej granicy. Niestety milczą, przechodząc mimo, i pozostaje mi tylko przypuszczenie.
Wychodząc z lasu na parking, zatrzymujemy się na chwilę przy tablicy informacyjnej. Okazuje się, że zrobiliśmy duży błąd, nie czytając jej przed wycieczką, bo... wybraliśmy trasę, z której można obejrzeć lodowiec z daleka, a tę prowadzącą najbliżej po prostu przegapiliśmy. Oj gapy, gapy, zależało nam na długim spacerze, ale nie pomyśleliśmy, żeby sprawdzić, czy najdłuższa to jednocześnie najciekawsza trasa:-) Nie mamy jednak czasu na zrobienie drugiej – na dziś zaplanowaliśmy długi, bo ponad pięćset kilometrowy, przejazd aż do Picton, z którego jutro zamierzamy przeprawić się na północną wyspę. Z żalem opuszczamy parking... no, ale przecież KIEDYŚ JESZCZE TU WRÓCIMY!

Komu w drogę, temu czas. Kierunek – północ. Pogoda piękna, robi się coraz cieplej i bardziej zielono.















Kierujemy się wzdłuż wybrzeża trasą numer 6, zwaną Glacier Highway, do Greymouth. Pierwszą mijaną miejscowością jest Whataroa, gdzie znajdują się jedyne na NZ siedliska kotuku (białej czapli), następnie malutkie, liczące niespełna 350 mieszkańców, Hari Hari. Zaistniało ona na chwilę na łamach gazet w 1931 roku za sprawą australijskiego lotnika Guya Menzis, który postanowił samotnie pokonać Morze Tasmana, lecąc z Sydney do Blenheim, położonego na północnym wybrzeżu Wyspy Południowej. Niestety, 11 godzin po starcie jego samolot uległ awarii i rozbił się na położonych w pobliżu Hari Hari bagnach La Fontaine.

Kolejną miejscowością jest Ross, założone – jak wiele nowozeandzkich miast – w czasach gorączki złota, w 1865 roku. Przytulone do porośniętych lasami deszczowymi wzgórz, leży między rzekami Totara i Mikonui. Miasteczko stało się znane w roku 1909 dzięki dwóm poszukiwaczom złota, którzy na brzegu Jonas Creek znaleźli olbrzymi samorodek, o wadze około 3 kg!
Osada straciła na znaczeniu wraz z wyczerpaniem się zasobów złotego kruszcu a dzisiaj jest to spokojne, urokliwe miejsce, które jednak nie zatraciło historycznego charakteru. Zachowały się budynki pochodzące z początku ubiegłego wieku, odtworzono dawną wioskę poszukiwaczy złota, mamy tutaj również niewielkie Miner’s Cottage Museum.
W tych samych czasach zostało założone następne mijane przez nas miasto – Hokitika. Niewysoką, kameralną zabudową bardzo przypomina Ross, i – podobnie jak tam – zachowało się wiele pamiątek po czasach gorączki złota. Oczywiście wiele jest sklepów ze złotem ale równie dużo z tradycyjną biżuterią, jako że niedaleko od miasta swoje ujście ma rzeka Arahura, tradycyjne miejsce wydobycia nefrytu, używanego przez Maorysów w dawnych czasach do wyrobu broni, narzędzi a także ozdób i biżuterii.
Do sklepów wolę nie wchodzić, obawiam się, że gdybym zaczęła oglądać biżuterię, moglibyśmy stracić cały dzień:-) Wypijamy więc tylko herbatę w przydrożnym zajeździe i ruszamy dalej, do Greymouth. Kiedyś Maoryska pa, czyli ufortyfikowana wioska, znana jako Mawhera, teraz jest największym miastem zachodniego wybrzeża. Liczy AŻ 10.000 mieszkańców:-)
Ta kameralność miast Południowej Wyspy bardzo mi się podoba. Nie ma szklanych wieżowców, klonów w garniturach i pośpiechu. Tutaj ludzie są spokojni, uśmiechnięci, mają czas na pogawędkę. Właściwie wszędziej, gdzie się zatrzymujemy, słysząc obcy akcent zagadują, skąd jesteśmy. I jest to pierwszy odwiedzany przeze mnie kraj, gdzie Polska i Polacy nie wywołują negatywnych skojarzeń. „Polska... ależ to strasznie daleko” dziwią się wszyscy. Są niezmiernie ucieszeni, kiedy mówię, że odwiedzenie ich kraju było dla mnie wielkim marzeniem i że jestem urzeczona Nową i oczywiście wszyscy znają Lecha Wałęsę i naszego papieża. Gdzieś na jakiejś stacji benzynowej, położonej na zupełnym odludziu miły starszy pan za ladą bardzo dokładnie mnie wypytuje, co już widzieliśmy, co jeszcze zamierzamy zobaczyć, radzi co zwiedzać i jest naprawdę ucieszony, że z tak dalekiego kraju przyleciałam tylko po to, żeby obejrzeć jego ojczyznę. Uśmiech, miłe gesty – to czego tak bardzo brakuje mi w Polsce, jest tu na porządku dziennym. Można pogadać w sklepie, pożartować z kasjerem w banku (jak w Picton, gdzie kasjer radził mi „wydoić” M. z całej gotówki, zamiast wydawać swoją:-) ach, gdzie ta męska solidarność?), dowiedzieć się wszystkich potrzebnych informacji od usłużnego kelnera w restauracji.
W Greymouth porzucamy State Highway 6, skręcamy na północny wschód i z biegiem rzeki Grey zmierzamy do Reefton (które już w 1888 roku zostało ono zelektryfikowane, jako pierwsze w kraju), a stamtąd przez Murchison, St. Arnaud, Blenheim by na końcu dotrzeć do celu podróży - Picton.

Na Nowej znajduje się czternaście parków narodowych, z tego aż 10 leży na Wyspie Południowej. Jadąc z Queenstown do Picton mijamy cztery z nich – Mt Aspiring i Westland, które mamy już za sobą oraz – na trasie pomiędzy Greymouth i Picton – dwa kolejne. Są to Kahurangi National Park i Nelson Lakes National Park. Oprócz nich na trasie naszego przejazdu znajdują się dwa rezerwaty: Victoria Forest Park oraz Mount Richmond Forest Park. Czeka nas przejazd przez małe, kameralne miasteczka, porośnięte lasami góry, nad jeziorami o gładkich taflach. Tak właśnie wygląda rezerwat Victoria, pierwszy na naszej trasie. Jest to największy rezerwat NZ, porośnięty głównie buczyną, której występuje tutaj aż pięć różnych gatunków. Zwalniamy, ale na zatrzymywanie się nie mamy niestety czasu. Następny w kolejności, zaledwie kilkadziesiąt kilometrów dalej jest Kahurangi National Park. Jest to drugi pod względem wielkości park narodowy NZ i – jak piszą w moim przewodniku Lonley Planet – niewątpliwie najpiękniejszy. 450.000 hektarów absolutnej krainy cudów z ponad stoma gatunkami ptaków i największym na półkuli południowej systemem jaskiń a co za tym idzie – ogromnymi pająkami jaskiniowymi, których rozpiętość odnóży sięga 12 cm! (brrr). Rośnie tutaj 50% z występujących w całym kraju gatunków roślin a w górach aż 80% gatunków nowozelandzkich roślin alpejskich. W parku tym znaleziono najstarszą skamielinę w Nowej Zelandii. Jej wiek określono na 540 milionów lat!!!
Na terenie parku kręcono niektóre sceny Władcy Pierścieni. Okolice góry Mount Owen posłużyły w scenach wyjścia z Morii, natomiast okolice góry Mount Olympus udawały miejsce, gdzie Drużyna Pierścienia chowa się przed Krebainami po wyjściu z Rivendell.
Kahurangi najlepiej zwiedzać pieszo, wybierając 82 kilometrowy Heaphy Track. Może nie jest tak malowniczy jak Szlak Milford, ale ma swój urok. Wyprawa zabiera zwykle od czterech do sześciu dniu i obejmuje między innymi wspinaczkę na Górę Perry i wędrówkę wybrzeżem, któremu egzotycznego charakteru dodają palmy nikau. Na podróżnych czeka siedem chat, gdzie można zanocować (większość zaopatrzona nawet w gazowe kuchenki) oraz dziewięć kampingów.
My – ze względu na ograniczony czas, park oglądamy jedynie z okna samochodu. Przed nami jeszcze wiele kilometrów, dlatego nie zatrzymując się, jedziemy dalej do St Arnaud, położonego bezpośrednio nad jeziorem Rotoiti, należącym do Nelson Lakes National Park. Obejmuje on dwa piękne jeziora – Rotoiti oraz Rotoroa, obrzeżone gęstą buczyną, z majaczącymi w tle, porośnięte lasami górami. Ściemnia się powoli, jedziemy niezbyt szybko, bo droga prowadzi przez góry, wzniesienia, serpentynami w górę i w dół.

Zatrzymujemy się gdzieś wysoko. Dookoła panuje absolutna ciemność, aż po horyzont nie widać ani jednego miasta, wsi, nawet pojedynczego światła domostwa. W promieniu wielu kilometrów nie ma nikogo, poza nami. Niebo jest rozgwieżdżone i nagle dostrzegam, jak bardzo jest nieznajome. Nie widać żadnych znanych gwiazdozbiorów, nie ma swojskiej Wielkiej Niedźwiedzicy, za to dokładnie nad nami błyszczy Krzyż Południa. Dopiero tutaj, patrząc w niebo, uświadamiam sobie, że jestem na drugiej pólkuli, tak daleko od domu.
Chwila odpoczynku i wracamy do samochodu. Ciągle jeszcze mamy wiele kilometrów do przejechania. Gdzieś po lewej stronie mijamy Mt Richmond Forest Park, doskonałe tereny dla lubiących się wędrówki po górach, jazdę na rowerze, kajakarstwo czy łowienie ryb. Na terenie rezerwatu przygotowano kilka szlaków turystycznych, łatwiejszych, jak Onamalutu Scenic Reserve, oferujący spacer bukowym lasem i porosłymi gęsta trawą łąkami i trudniejszych, jak pięciogodzinna wędrówka na szczyt Fishtail Mountain.

Postanawiamy zanocować za Blenheim, stąd mamy już tylko kilka kilometrów do Picton. Szukamy sensownie wyglądającego motelu. Oczywiście jak zwykle, ulica wjazdowa i wyjazdowa z miasta pełne są hoteli, moteli, tych z wyższej półki i przeznaczonych dla backpackers. Jesteśmy strasznie zmęczeni... cały dzień za kółkiem. Kiedy około 21:00 docieramy w końcu do motelu i w recepcji sympatyczna pani pyta, skąd przyjechaliśmy, nie potrafimy sensownie odpowiedzieć. Skąd? A stamtąd. Znaczy, z południa.
Mamy szczęście do moteli – ten znowu jest tani i dobrze wyposażony – miękkie łóżka, jak zwykle w pełni wyposażona kuchnia i miła niespodzianka... jaccuzi. Kładziemy się z ulgą w wannie, w ogromnej kopie piany. Achhhhh....
Sprawdzamy w informatorach promy na Wyspę Północną. Dwie różne firmy oferują przeprawy, promy odpływają około południa. Wybieramy ten o 13:00, jest bowiem najtańszy (a różnica w cenie jest spora) no i chcemy trochę odespać.

środa, 18 listopada 2009

23 września 2008

Dlaczego właśnie tego dnia, którego musimy ruszać, pogoda jest tak piękna?? Dlaczego nie świeciło takie piękne słońce dwa dni wcześniej, kiedy zwiedzaliśmy miasto?! Co za złośliwość losu!
Jaka by jednak pogoda nie była, czas w drogę, choć z ochotą zostalibyśmy tu jeszcze kilka dni. Przed opuszczeniem miasta zatrzymujemy się jeszcze na plaży, podziwiając słynny parowiec "Earnslaw", który właśnie wypłynął z portu. Statek, nazywany z dumą Damą Jeziora, został zwodowany; w 1912 r. i pływa do dzisiaj. Rejs jest nie lada przeżyciem i przypomina wędrówkę w czasie ze względu na jego starodawne wnętrza i wspaniale pracującą, lśniącą maszynerię. Kto chce, może ją obejrzeć z bliska a nawet sypnąć szuflę węgla do pieca.

Opuszczamy plażę i wspinamy powoli na górę, gdzie kręcony był Władca Pierścieni. Mamy ulotkę z dokładnymi informacjami, według której będziemy zwiedzać dawny plan filmowy. Po dotarciu do celu czeka nas jeszcze jedna niespodzianka. Niewielki domeczek w azjatyckim stylu. Głowę dalibyśmy sobie uciąć, że widzieliśmy go w jakimś filmie, ale w jakim? Dopiero w informatorze wyczytujemy, że wytwórnia Disneya kręciła tu film dla dzieci „The Rescue”, a domek to... koreańskie więzienie, tak niecodziennie wyglądające w nowozelandzkim krajobrazie.



Znajdujemy się ponad pół kilometra nad miastem, które mamy jak na dłoni, razem z jeziorem i znajdującym się po drugiej stronie lotniskiem. Wieje mocno, wiatr przegania pierzaste chmury. Krajobraz jest niesamowity – trawa, niskie krzewy, niewielkie zbiorniki wodne i olbrzymie głazy. Patrzymy w ulotkę, żeby sprawdzić, które sceny z filmu „Dwie Wieże” rozgrywały się w tym miejscu. Aż trudno uwierzyć, że bezkresna, niegościnna, targana wiatrem kraina z filmu to tak naprawdę...obrzeża modnego kurortu :-)

















Dodatkową atrakcją tego miejsca jest rozległy, prywatny rezerwat. Zwiedza się go samochodem, zatrzymując w dowolnych miejscach, według uznania. Zwierzęta chodzą wolno, jak lamy, które biegną do nas całą chmarą, kiedy tylko opuszczamy auto. Istnieje możliwość karmienia zwierząt, pasza jest dostępna w każdym miejscu, więc kiedy tylko lamy widzą kubełki w naszych rękach, opadają nas ze wszystkich stron, wsadzając nosy do wiaderek, przepychając się nawzajem. Są zupełnie oswojone, podobnie jak kozy, bezpardonowo nas napastujące w poszukiwaniu jedzenia oraz osiołki. Te, karnie ustawione za płotem, dają się łaskawie głaskać – w zamian za kostki pokarmu. Kawałek dalej zatrzymujemy się przy łące, na której pasą się jelenie. Są piękne – dumne, wyniosłe i już nie tak oswojone, jak lamy. Zupełnie nie zwracają na nas uwagi, tylko dwa podeszły sprawdzić, co też mamy w kubełkach, ale zawartość nie spotkała się z ich zainteresowaniem, więc nas zostawiły. Oczywiście nie może tu zabraknąć wszędobylskich owiec. Małe głośno beczą, biegnąc truchtem za matkami. Tylko na widok jednego zwierzęcia odechciało nam się wychodzenia z samochodu – groźnie wyglądającego żubra. Gigant pasący się na zboczu popatrywał na nas wrogo, więc zatrzymaliśmy się tylko na jedno szybkie zdjęcie, nie wysiadając z samochodu i pojechaliśmy dalej.














Owieczki fotografował M.


To już niestety koniec naszego pobytu w Queenstown. Czas ruszać na północ, w końcu czeka nas jeszcze przejazd przez cała południową wyspę, przeprawa i zwiedzanie północnej. Kierujemy się do miejscowości Wanaka a potem pomiędzy dwoma bajkowymi jeziorami – Wanaka i Hawea, przez Narodowy Park Mount Aspiring. Góra Aspiring jest drugim pod względem wysokości szczytem w kraju. Otacza ją bajkowy park narodowy – kraina lodowców, zamglonych szczytów i jezior o lustrzanych taflach – kto pamięta Isengrad z Władcy Pierścieni, będzie wiedział, o co chodzi – ten fragment filmu bowiem kręcono właśnie tutaj. Niestety, właśnie wtedy, gdy przejeżdżamy przez jedne z najpiękniej położonych i magicznych miejsc NZ, leje jak z cebra. Niewiele widać zza kurtyny deszczu a szczęściarz M., który kiedyś był tu latem, co chwila tylko mówi – „O, tu jest pięknie. I tu. A tu to już zupełnie bajkowo”. A co ja widzę? Ano nic nie widzę:-) Popatrzę se w przewodnik, album jakiś będzie trzeba nabyć po drodze, bo aż głupio – taki kawał przejechać a jedyne, co zobaczyć to strugę deszczu, rozpryskującą się na masce auta.

To, co nas najbardziej urzeka, to znaki drogowe w górach – „Zalecana prędkość 15 km/godz.”, albo „Ostre zakręty przez 30 km”. „30 kilometrów” – zastanawiamy się. Hm hm ktoś się może pomylił? Może jednak trzy...? no, od biedy może trzynaście? Jednak to naprawdę jest trzydzieści a zaraz potem, po krótkim w miarę prostym odcinku, kolejne... 20. Warto się też ściśle trzymać zalecanej prędkości. Nikt tu wprawdzie niczego nie nakazuje. Sugeruje tylko. Ale spróbuj się nie zastosować do owych zaleceń a wylądujesz – w najlepszym przypadku – w krzakach, w najgorszym czeka cię długi lot w dół najbliższej doliny. Samochody z reguły nie latają, więc rajdowcom z zamiłowania radzę zdjąć nogę z pedału gazu i zastosować się do nic-nie-chcemy-narzucać-ale-lepiej-zwolnij wskazówek Nowozelandczyków. Tym bardziej, że szosa w wielu miejscach nachylona jest pod dość ostrym kątem a dodatkową atrakcją jest woda, lejąca się z ogłuszającym łoskotem ze skał wprost na jezdnię, tworząc ogromne wodospady. Przed pierwszym z nich zatrzymaliśmy się przestraszeni – jechać czy nie? Zmyje nas czy nie? Pytanie ważkie, bo pobocza brak, jest za to urwisko, a koszący lot w dół w fordzie to nie jest to, na co akurat mamy ochotę. Ani toto skrzydeł nie ma, ani ogona... Stoimy chwilę, niezdecydowani, ale kiedy z fontanny wody wyłania się jakiś samochód, uznajemy że jest to bezpieczne. Głęboki wdech i... przejechaliśmy. Ufff. Gdyby otworzyć szyberdach, mielibyśmy basen.
Droga ostro pnie się pod górę, potem równie ostro opada, by znowu wznieść się na następnej górze. W górę i w dół, serpentynami ze skalną ścianą po jednej stronie i urwiskiem z drugiej, przebijamy się przez Alp Południowe.

W jednej z dolin zatrzymujemy się na późny lunch. Jedyny lokal w maciupkiej miejscowości, w której się zatrzymujemy (poza wymuskaną francuską restauracją, ale na kandelabry i porcelanę akurat nie mamy ochoty) mieści się w budynku, pełniącym jednocześnie funkcję sklepu i poczty. Jemy tu największe i najdziwniejsze hamburgery w życiu – piętrowe, z plastrami marynowanego buraka w środku. Smakują dziwnie (co by pan McDonald powiedział na buraka i gotowane jajko w hamburgerze?), ale smacznie a porcja jest jak dla średniej wielkości słonia. Jak się do nich zabrać? Powinni je sprzedawać razem z instrukcją obsługi.

Haast i Morze Tasmana widzimy jedynie na mapie, bo za oknem ściana deszczu, widoczność ograniczona do długości maski naszego samochodu. Przed wyjazdem spodziewaliśmy się wczesnowiosennej pogody, ponadto zachodnie wybrzeże często tonie w strugach deszczu - roczna wysokość opadów przekracza tu 5 m! (pod względem ilości opadów przewyższa je jedynie Fiordland), ale i tak jesteśmy rozczarowani. Chociaż... gdyby nie deszcze, nie byłoby tu spowitych parą lasów, soczystozielonych łąk i jeziorek. Przed nami jeden z najpiękniejszych parków narodowych NZ – Westland i lodowce. Jest ich tutaj w sumie ponad 60, jednak celem naszej podróży są dwa – Franciszka Józefa i Fox. Padający w górach śnieg osiada na lodowcu, zamarza a następnie – ponieważ stok jest bardzo stromy – zsuwa się w dół. Lodowiec Franz wędruje nawet do 1 m dziennie ale czasami przyspiesza nawet do 5 metrów (jest 10 razy szybszy, niż lodowce w Alpach Szwajcarskich). Jęzory obu lodowców schodzą tak nisko, że niemal dotykają morza. Jeśli ktoś nigdy nie widział lodowca z bliska, ma świetną okazję, by podejść i przyjrzeć się lodowym iglicom, szczelinom i osuwiskom, co też mamy zamiar zrobić.
Oczywiście park Westland to nie tylko lodowce. Sięga on wybrzeża Morza Tasmana i obejmuje, poza górami, nadmorskie plaże oraz bujne lasy. Najciekawsze gatunki fauny to foki, jelenie, kowhiowhio (czarna kaczka), kaka, papugi kakariki i kea oraz rowi (brązowe kiwi).

Maoryska nazwa lodowca Franciszka Józefa to Ka Roimata o Hine Hukatere (Tears of Avalanche Girl). Według lokalnej legendy dawno dawno temu żyła tutaj ze swoim ukochanym pewna dziewczyna. Byli bardzo szczęśliwi do dnia, kiedy chłopak zginął, spadając ze skał. Na wieść o jego śmierci dziewczyna zaczęła płakać i nie przestawała przez wiele dni. Jej łzy płynęły najpierw wąskim strumieniem, potem coraz szerszą rzeką, która zaczęła zamarzać, tworząc lodowiec.Piękna legenda, piękna maoryska nazwa, ale ta używana dzisiaj niestety jest bardziej prozaiczna, lodowiec bowiem został nazwany przez Austriaków, którzy odkryli go jako pierwsi w roku 1865 i nazwali na cześć austriackiego cesarza. Natomiast lodowiec Fox otrzymał swoją nazwę w roku 1872, kiedy to zwiedzał go Sir William Fox, ówczesny nowozelandzki premier.

Wieczorem docieramy do Fox. Meldujemy się w motelu i w strugach ulewnego deszczu biegniemy do pobliskiej restauracji na kolację. Knajpka polecona nam przez hotelarza jest sporym lokalem, pełnym tubylców. Musimy chwilę poczekać na stolik, potem jeszcze dłużej na posiłek (czyżby kelnerka nas nie lubiła, hm hm, czy zawsze czeka się tutaj 45 min na zamówione danie?) i smaczne lokalne piwo. Jeszcze tylko zakupy w pobliskim supermarkecie (oczywiście wino z Central Otago, w ilościach hurtowych:-) i sprint do motelu. Leje jak z cebra a my zaklinamy deszcz, bo następnego dnia chcemy w końcu polatać samolotem nad lodowcami. Już raz nam się nie udało, pod Mt. Cook i mamy nadzieję, że tym razem szczęście nam dopisze...

22 września 2008

Zanim otworzę rano oczy, nasłuchuję przez chwilę, czy nie słychać kropli deszczu uderzających w drewniany taras za oknem. Nie. Cisza. Nie pada! A to znaczy, że mamy szansę na zobaczenie fiordów. Nie chcieliśmy jechać tam samochodem, bo trasa trudna i długa, więc spieszymy się, żeby zdążyć na autokar. Jest jeszcze ciemno, niebo dopiero jaśnieje nad wzgórzami.




Przed wschodem. Fotografował M.

Najpierw granat nieba jaśnieje leciutko, potem staje się coraz jasniejszy, czerwony, potem pomarańczowo - różowy. Chmury znikają, ale jest diabelnie zimno. Zakładamy więc na siebie wszystkie najcieplejsze rzeczy i idziemy na miejsce zbiórki. Podjeżdża autobus, jesteśmy pierwszymi pasażerami, dzięki czemu mamy okazję obejrzeć miasto, zabierając gości z innych hoteli.

Wyjeżdżamy z Queenstown drogą nr 6 na południe do miejscowości Te Anau, a potem wzdłuż jeziora o tej samej nazwie skierujemy się przez Alpy na północ, w kierunku Morza Tasmana. Jedziemy pomiędzy coraz wyższymi wzniesieniami, po prawej mając jezioro Wakatipu. Jest zielono i ani jednego miasta dookoła, tylko gdzieniegdzie małe i obowiązkowo białe domki oraz ogromne stada krów, owiec i czerwonych jeleni.


Jezioro Wakatipu










Sielsko-anielsko, czyli po drodze do Te Anau.

Zanim wjedziemy w góry mamy jeden przystanek nad malowniczym, polodowcowym jeziorem Te Anau-au. Te Anau jest ostatnią miejsowością na trasie do Milford Sound. Potem już tylko góry i niewielkie parkingi, więc warto - jadąc samochodem – zaopatrzyć się tu w benzynę.


Te Anau

Właśnie w Te Anau zaczyna się słynny 55 kilometrowy szlak Milford (Milford Track), wytyczony przez XIX-wiecznych pionierów, którzy jako pierwsi przedarli się lądem do Milford, odkrywając przy okazji najwyższy w Nowej Zelandii wodospad – Southerland Falls. Ponieważ trasa cieszy się wielką popularnością, wpuszcza się na nią ściśle określoną liczbę osób. Noclegi możliwe są wyłącznie w chatach na szlaku (nie wolno spać w namiotach ani pod gołym niebem). Miejsca te są dobrze wyposażone, jest bieżąca woda (choć tylko zimna), nieźle zaopatrzone kuchnie. Pamiętać trzeba, żeby zapasy jedzenia były lekkie i pakowane raczej w folię, niż w puszki – na trasie nie wolno zostawiać śmieci, niesie się je aż do końcowego przystanku, gdzie przygotowano kontenery dla pieszych turystów. Szlak jest dobrze opisany, liczne tablice informacyjne na trasie pokazują, ile jeszcze kilmetrów (oraz czasu) zostało do następnego miejsca noclegowego, informują o ciekawych miejscach, które warto zobaczyć po drodze. Przebycie całej trasy zajmuje cztery dni, wymaga przygotowania ale warto – surowe piękno krajobrazu, tchnącego spokojnem i melancholią rekompensuje wszystkie poniesione trudy.

Te Anau leży również na granicy największego nowozelandzkiego Parku Narodowego Fiordland, który - ze względu na unikatową florę, faunę oraz budowę geologiczną – został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Jest to obszar gór, wody i lasów, który zawiera w sumie 14 fiordów, efekt działalności lodowców. Na jego terenie znajduje się pięć dużych jezior i kilka wodospadów. Do najbardziej interesujących należą Mirror, Monowai, Hauroko (najgłębsze jezioro kraju), Green (nazwane tak ze względu na niesamowity szmaragdowy kolor), Te Anau i Manapouri. Mirror Lake znane jest z krystalicznie czystej wody, odbijającej jak w lustrze wysokie szczyty, które je otaczają. Manapouri z kolei słynie z wyjątkowych roślin, porastającego jego dno.
Największy fiord parku to Doubtful Sound, o długości aż 40 km, rozciągający się od podnóża Alp Południowych po Morze Tasmana. Jednak najczęściej odwiedzanym, ze względu na położenie w stosunku do najpopularniejszej w regionie miejscowości turystycznej, czyli Queenstown, jest Milford Sound, nad który się udajemy. Warto też odwiedzić Dusky Sound – tam również organizowane są rejsy statkami.

Fiordland, najdzikszy i najmagiczniejszy zakątek półkuli południowej, to kwintesencja tego, co mnie urzeka w dzikiej scenerii. Wąskie drogi nad urwiskami, górskie jeziora o lustrzanych taflach i wspaniałe deszczowe lasy, składające się głównie z gigantycznych paproci. Są jary, rwące rzeki i wodospady. W drodze na fiordy zatrzymujemy się kilka razy, na chwilę – na jedno zdjęcie i na dłużej – tam gdzie są krótkie szlaki turystyczne. Pierwszy postój wypada na 51 km - to McKay Creek z widokiem na malowniczą dolinę Eglinton. Kilka kilometrów dalej słynne Mirrow Lake i następnie postój w Knobs Flat, gdzie znajduje się niewielka kawiarenka i toalety.






Mirrow Lake w deszczu



77 km od Te Anau kolejna atrakcja – wjeżdżamy na obszar zwany O Tapara albo Cascade Creek. O Tapara jest oryginalną nazwą pobliskiego jeziora Gunn i było przystankiem plemion Maoryskich, wędrujących nad Zatokę Anita. Znajduję się tutaj krótki szlak turystyczny, którego przebycie zajmuje ok. 45 minut – lasem paprociowym, kładkami przerzuconymi ponad strumieniami i niewielkimi kaskadami. Warto spokojnie przespacerować się, bo trasa jest bardzo malownicza, ale nam niestety leje się za kołnierz, tłumy przemoczonych turystów popychają do przodu – każdy chce tylko zaliczyć obowiązkową fotkę i wracać jak najszybciej dociepłego autokaru. Pędzimy więc w tłumie, obiecując sobie, że jeszcze kiedyś tu wrócimy. Tylko czy jest kiedykolwiek taki moment, kiedy nie ma tu tłumów turystów?

O Tapara




 

 

 


Na postoju niespodzianka. Pomiędzy turystami przechadza się dostojnie kakapu. Podchodzi do nas i skubie nogawki spodni, domagając się jedzenia.



Dopiero koło południa docieramy na miejsce. Pogoda w kratkę, mglisto i pochmurno. Przystań, z której wypływają statki, jest ogromną przeszkolną halą. Na niewielkim nabrzeżu zaczynają się wszystkie wycieczki, zarówno te krótkie, godzinne jak i całodobowe wyprawy płaskodenną łodzią wyposażoną w kajaki, które wykorzystuje się w nocnych wypadach. Nasza wyprawa ma zająć ok. 3 godzin. Zaczynamy u wylotu Milford Sound i zatoczymy niedużą pętlę na otwartym Morzu Tasmana. Statek jest duży, odporny na wstrząsy i uderzenia fal. Cierpię na chorobę morską ale pokładem na szczęście aż tak bardzo nie kołysze. Wypływamy i natychmiast zapominam o chorobie. Okolica jest bajkowa – zamglone skały z których spadają w dół z głośnym szumem kaskady wody. Piekna bujna zieleń lasów deszczowych, porastających niższe wzniesienia i lód, skuwający najwyższe góry. Zamglony szczyt Mitre Peak, dominujący nad całym krajobrazem. Jęzory lodowców schodzące wprost do wody. Liczne wodospady, zarówno te małe jak i giganty, jak Stirling Falls - najwyższy, kaskada bowiem spadaja z wysokości aż 146 m.

Właśnie dzięki obfitemu dopływowi słodkiej wody z opadów, spadającej z hukiem ze skał, podwodny świat roślin i zwierząt jest tu dość specyficzny. W mętnej górnej warstwie niezbyt słonej wody występuje na przykład koral czarny, który spotkać można w znacznie płytszych miejscach niż gdziekolwiek indziej. Blisko nabrzeża widuje się delfiny butlonose, na skałach wylegują się foki i pingwiny. Delfinów i pingwinów niestety nie udaje nam się zobaczyć, ale foki akurat wdrapują się na skałę, więc kapitan naszego statku staje, dając nam czas na spokojne poobserowanie zwierząt.




Myjnia dla statków




W jednej chwili przestaje padać, otwiera się dziura w niebie i błyska słońce, rozświetlając nieprzyjazne skały. Za sekundę znika i znowu robi się szaro i groźnie, wzmaga się wiatr.










Otwarte wody Tasman Sea

Kilka godzin kluczymy między skałami aż wypływamy na otwarte wody morza Tasmana po czym zawracamy do przystani. Leje jak z cebra, jedziemy więc wolniej niż rano. Mamy szczęście, bo po powrocie do hotelu okazuje się, że ponad 1000 metrowy tunel Homer, leżący na trasie z Milford Sound został zalany godzinę po naszym wyjeździe i wszystkie autokary, które nie wyjechały na czas, zostały zatrzymane w dolinie Cleddau przez ścianę wody.